Browse Month by May 2011
noc, techniczna - przejrzane

29/30 maja

Podniosła atmosfera. Ma mnie odwiedzić Elżbieta II. Z Filipem.
Spóźnia się, ale w końcu się pojawia. Pijemy herbatkę, rozmawiamy kurtuazyjnie kiedy nagle dzwoni mi telefon. Zakłopotanie. Chwila trwa wieczność. Przepraszam wasze królewskie mości, odbiorę tylko i zaraz wrócimy do rozmowy. Dobrze. Elżbieta z Filipem wychodzą chociaż tego nie oczekiwałem, ja chwytam za telefon – i nie zdążyłem. Głuchy sygnał. Ktoś się rozłączył.
Goście już nie wrócili.


W starym telefonie znajduję zdjęcia o których zapomniałem. Jest to o tyle dziwne, ze ten telefon nie ma ani pamięci ani tym bardzie aparatu. Przeglądam fotografie z wakacji sprzed siedmiu czy ośmiu lat.


Jedziemy na jakimś wyciągu, kolejce górskiej, krzesełkowej, ale z krzesełkami na tyle nietypowymi, że ustawionymi w rzędy. Na przednim krzesełku N. Ja dwa rzędy za nią. Ma mój aparat. Załóż pasek na szyję, mówię. Chwile potem aparat wypada jej z rąk i tyle go widziałem.


Mieszkanie N. Ale zupełnie inne – w ogóle nie przypominające jej mieszkania. Ona i Młody siedzą przy wejściu, blokując jedyny ciąg komunikacyjny w lokalu. Nie da się ani wejść, ani wyjść, ani przejść z pokoju do kuchni. Kilka chwil potem wchodzi Nowy i zaczyna do niej mówić. A potem krzyczeć. Wydaje jej polecenia. Traktuje ją przedmiotowo. Mówi coś o nieprzygotowanym obiedzie. Atmosfera się zagęszcza.
Słyszę (bo nie widzę sceny, jestem w innym pomieszczeniu), że Nowy jest zdenerwowany, że kolejny lekarz odesłał go z kwitkiem. N. mówi, że musi w końcu znaleźć takiego który go zbada, w końcu to może być nowotwór, nawet w takim wieku, wszystko na to wskazuje, mówi N.
Nowy wchodzi do pokoju w którym stoję, obrzuca mnie złowrogim spojrzeniem i puszcza w moją stronę wiązankę. Słowotok. I bardziej mnie to śmieszy niż złości czy obraża.

noc, techniczna - przejrzane

27/28 maja

Barczysty facet mówi do mnie, że najważniejsza jest dyscyplina. Nie ważne czy idzie dobrze czy źle. Ważna jest systematyczność. Dyscyplina. Forma przyjdzie z czasem. Ma około 45 lat, dobrze przystrzyżony zarost w typie hiszpańskim i zwiewny wełniany szalik w kolorze lilaróż owinięty wokół szyi.
Zapamiętaj. Za tydzień chce mieć dwa razy więcej. Niemal na mnie krzyczy.
Siedzimy (a jeszcze przed chwilą staliśmy) w ciasnej kawiarni na drewnianych stołkach jakie widuje się na deskach teatrów. Gęsto od dymu papierosowego. Bohema.
Systematyczność. Dyscyplina.
Najważniejsza jest dyscyplina. Powtarza w kółko.


Otwieram oczy. Leżmy w wielkim łóżku do którego jeszcze nie przywykłem (i nie mam po co; za kilka dni zmienimy otoczenie). Kilka chwil mija nim oswajam się i orientuję gdzie jestem. Opowiadam co mi się śniło. Że Wydawca. Że wielką literą. A ona, patrząc na mnie stwierdza, że od dawna mówiła, że mam coś z tym zrobić, gdzieś to wysłać. I że od kilku tygodni zdarzają mi się prorocze sny. Tak mówi. I brzmi to jakbyśmy grali w jakimś tanim, niskobudżetowym gniocie.
A ja w prorocze sny nie wierzę.
Wierzę w przypadki.

noc, techniczna - przejrzane

24/25 maja

Wracając do domu spotykam Wojciecha. Mamrocze coś do mnie pod nosem i biegnie dalej. Mijamy się. Minę ma nie tęga. Wracam i dopytuję. Agnieszka zabrała dziecko i odeszła. Tym razem ona jego. Jeden do jednego. Od kilku miesięcy mieszka na wsi. Ale widać, że go to wciąż kopie.

Cięcie.

Wieś. Wojciech staje się Mariuszem. Opowiada jak się urządził na wsi, jak żyje w tym malutkim domku, na dwóch pokojach bez przedpokoju. Bez kuchni.

Cięcie. Zmiana scenerii, zmiana osób.

Jesteśmy w Spodku albo innej hali widowiskowej. Zaraz ma zacząć się koncert. Chyba Hey. Stoimy na płycie, przed pierwszymi rzędami. Niemalże na scenie. Za nami kilkanaście tysięcy ludzi. Widzą nas.
I nagle zaczynamy się droczyć. Nie wiem, które z nas pierwsze się popycha, ale lądujemy na ziemi, tarzamy się przez chwilę niczym w jakiejś walce, a po jakimś czasie jesteśmy spleceni w objęciach. Sytuacja trwa kilkanaście sekund, po czym zauważam, że nie mam biletów, a w mojej sytuacji – mówię – nie mogę sobie pozwolić na żadną tego typu ekstrawagancję. Uciekamy czym prędzej.

Kiedy jesteśmy poza halą, na tyle daleko że nie widać nas, ale jednocześnie na tyle blisko że widać scenę (bo hala nie ma ścian, jak stadion) rozpoczyna się koncert. Udało się. Nikt się nie zorientował.

noc, techniczna - przejrzane

21/22 maja

Latające dywany z cieniutkiego celuloidu. Matowione, nieprzezroczyste, ale przepuszczające kształt. Na nich jacyś ludzie. Te cieniutkie folijki rozmiarów stołu unoszą się tuż ponad głowami. Ktoś z zza pleców mówi mi, że to symbol niepokoju. Że są takie matowe, bo nic nie jest wyraźne, nic nie jest czarno-białe. I kiedy to słuszę nagle wszystko wokół traci barwy. Świat staje się szaro-szary. Jedyną rzeczą, która nie zmieniała koloru są te nieszczęsna latające dywany z folii – są tak samo bezbarwne i matowe jak przedtem. Teraz rozumiem. W tle (w sensie emocji, nie fizyczności), na trzecim czy czwartym planie N. i Nowy oraz jakieś ich wspólne podróże do Gdańska. (Czemu akurat do Gdańska?)

Cięcie.

Chodzimy po wielopiętrowych warsztatach chemicznych. Albo targach, a może pokazowych laboratoriach jakie spotyka się w interaktywnych centrach nauki. Na kolejnych kondygnacjach te same retory poustawiane równiutko na identycznych stołach. Te same kolorowe płyny. Ta sama pustka.
Na najwyższej kondygnacji mam się opiekować dziećmi. Mam położyć dwójkę do snu.
A nieco wcześniej, przy pogawędce z kustoszem tej gigantycznej, chemicznej pracowni przechodzi Maryla. I mówi do mnie tak jakbyśmy byli spokrewnieni. I zachowuje się tak jakbyśmy byli spokrewnieni. I nagle dociera do mnie, że jesteśmy spokrewnieni. Cmok-cmok w policzek. Co słychać? Tyle lat. Kurtuazja.


Budzę się i pamiętam, ze największe wrażenie wywarły na mnie celuloidowe latające dywany. Doskonale szare.
Niepokój ustępuje chwilę po przebudzeniu.

noc, techniczna - przejrzane

20/21 maja

W tle Mietal Waluś śpiewa o wyspie i rozłące.
Jestem na skalistym brzegu. Rozglądam się i widzę nieopodal wyspę – wielkości większego pokoju, może boiska do siatkówki. Z jednej strony piaszczystą z drugiej skalistą. Nieco wydłużoną. Z cyplem a’la Cypr.
Na niej N. Nie widzi mnie. Zwyczajnie siedzi na wysepce.
Słowa piosenki w tle mówią o tym, ze nie zawsze da się dojść na wyspę.
Patrzę i widzę, ze w prostej linii to nie więcej niż sto metrów. I do tego mielizna. Ale nawet nie próbuję się tam dostać.


Budzę się i pamiętam nawet melodię i słowa – obiecuję sobie sprawdzić co to za utwór i skąd mi się przyplątał w śnie. Uleciało.
Pamiętam motywację, która powiedziała mi, żeby nie próbować się tam dostać. Też uleciała.

noc, techniczna - przejrzane

17/18 maja

Spacerujemy po Radkowie, Kossowie i Chlewicach.
O, tu, tu był dworek. Jeszcze widać ruiny. A tu, tu był kościół.
Genealogia.
Czuję się jak pan na włościach.

noc, techniczna - przejrzane

Zbiorowe

11/12
Sprzedajemy gazowe ogrzewacze wody, tuż przed zamknięciem przychodzi marudny klient. Wydziwia. Wychodzę z pracy przed północą.


Marta w czymś o kształcie mikrofali obitej od środka błękitnym materiałem frotte trzyma niebieski dziecięcy kapeć. Obok siebie stoją trzy takie urządzenia. Ale tylko w jej zamieszkuje bucik.


12/13 maja
W półśnie widzę jak N. zagląda mi przez okno do mieszkania. Widzę ją. Ona widzi mnie. Sytuacja powtarza się trzy czy cztery razy. Ale śpię. Nie mam siły i ochoty wstawać i zasłaniać rolet do końca.

Budzę się rano i nie wiem czy to był sen.
Czuję się obserwowany.


13/14 maja
Treść umknęła.
Pozostało wrażenie trójkąta emocjonalnego. Z Andrzejem.
Niesmak. Niepokój.

noc, techniczna - przejrzane

6/7 maja

Czas i miejsce akcji – moja kuchnia. Współcześnie.
Artur Rojek organizuje jakiś Off – tym razem w Krakowie. Na tę okoliczność wypuścił na rynek nawet butelkowane wino. Przyglądam się etykiecie – widnieje na niej nazwa festiwalu “Off cośtam“. Po przebudzeniu za nic nie jestem sobie w stanie przypomnieć co stało w miejscu cośtam.
Festiwal trwa. Sztab jest u mnie w kuchni.
Przy ścianie, na sporym taborecie, na tle jasnych kafelków (to nie są moje kafelki; ja położyłem zupełnie inne; te wyglądają identycznie z tymi, które Dziadek ćwierć wieku temu zrobił sobie w łazience) robi zdjęcia nagród festiwalowych. Trofeum ma kształt dysku do rzucania, albo latającego spodka, pokryte jest czerwoną i czarną gumą. Coś na kształt tych wszystkich urządzeń typu komórka czy gps do wykorzystywania w ekstremalnych warunkach.
Mówię że lepiej podłożyć karton w tle i zrobić coś w stylu stołu bezcieniowego. Nie, odpowiada, ustawiłem przesłonę tak, ze nie będzie w ogóle widać tła.
W tym czasie siedzę w kuchni, na krześle (to nie jest moje krzesło), N. o obcym ciele i z nieswoją twarzą (to nie jest ciało N.; to nie jest twarz N) siedzi na mnie okrakiem i próbuje mnie całować. Bronię się. Mówi do mnie masę zdań. Jest jak karabin maszynowy. Dowiaduje się, że nigdy nie lubiła chudzielców, że denerwował ją brak wysportowania, że zawsze lubiła góry. Dowiaduję się nowości. Nie, mówię, to nie są Twoje zdania, to są poglądy Nowego, przyjęłaś je jak swoje, ale kiedyś twierdziłaś coś innego.
Wyciąga szyję w nadziei na to, że ją pocałuję i znów zaczyna słowotok. Nie drgnę. Kocham, mówi. Kochałam. Ale co Ty mogłeś mi dać? Jakie miałabym z Tobą życie?

A wszystko to w czasie kiedy tuż obok nas A. Rojek robi zdjęcia kolejnym nagrodom dla uczestników trwającego właśnie festiwalu.


Zniknij.
Robisz mi kuku. Nam.