noc, techniczna - przejrzane

21/22 maja

Latające dywany z cieniutkiego celuloidu. Matowione, nieprzezroczyste, ale przepuszczające kształt. Na nich jacyś ludzie. Te cieniutkie folijki rozmiarów stołu unoszą się tuż ponad głowami. Ktoś z zza pleców mówi mi, że to symbol niepokoju. Że są takie matowe, bo nic nie jest wyraźne, nic nie jest czarno-białe. I kiedy to słuszę nagle wszystko wokół traci barwy. Świat staje się szaro-szary. Jedyną rzeczą, która nie zmieniała koloru są te nieszczęsna latające dywany z folii – są tak samo bezbarwne i matowe jak przedtem. Teraz rozumiem. W tle (w sensie emocji, nie fizyczności), na trzecim czy czwartym planie N. i Nowy oraz jakieś ich wspólne podróże do Gdańska. (Czemu akurat do Gdańska?)

Cięcie.

Chodzimy po wielopiętrowych warsztatach chemicznych. Albo targach, a może pokazowych laboratoriach jakie spotyka się w interaktywnych centrach nauki. Na kolejnych kondygnacjach te same retory poustawiane równiutko na identycznych stołach. Te same kolorowe płyny. Ta sama pustka.
Na najwyższej kondygnacji mam się opiekować dziećmi. Mam położyć dwójkę do snu.
A nieco wcześniej, przy pogawędce z kustoszem tej gigantycznej, chemicznej pracowni przechodzi Maryla. I mówi do mnie tak jakbyśmy byli spokrewnieni. I zachowuje się tak jakbyśmy byli spokrewnieni. I nagle dociera do mnie, że jesteśmy spokrewnieni. Cmok-cmok w policzek. Co słychać? Tyle lat. Kurtuazja.


Budzę się i pamiętam, ze największe wrażenie wywarły na mnie celuloidowe latające dywany. Doskonale szare.
Niepokój ustępuje chwilę po przebudzeniu.

Leave a Reply