Browse Month by June 2011
noc, techniczna - przejrzane

26/27 czerwca

Siedzę na kanapie. U mnie. Tu. N. wychodzi z łazienki, poprawia sobie włosy. Ma na sobie popielate spodnie, popielatą bluzkę, twarz wysmarowana popielatą farbą (czy kamionką), takie same włosy. Jakby miała na rynku w Krakowie udawać rzeźbę. Włosy nieco inne niż pamiętam. Krótsze. Siada na kanapie. Zaczynam pytać. Przede wszystkim kiedy go poznała (bo nie wierzę, ze po odejściu). Robi minkę niewinnego dziecka i mówi że wczoraj, w salonie Ery. Wyraźnie ze mnie kpi, przedrzeźnia mnie. Chwile trwa takie przekomarzanie. Ja pytam – ona ze mnie szydzi, albo próbuje szydzić. Jakiś czas trwa taka słowna potyczka kiedy zbliża się, przykłada usta do moich i zastyga. Tuż-tuż. Nie stykamy się wargami. Pytam co robi. Nie wiem, chcę zobaczyć jak to opiszesz – odpowiada. Daję Ci materiał do uzewnętrznienia. I natychmiast się odsuwa.
Drążę dalej tematy, które mnie męczą.
Zrobiłam to dla siebie. (A co Ty zrobiłeś dla siebie?) A on nauczył mnie codzienności. Ty nie umiałeś.


Budzę się z płaczem. Chyba pierwszy raz w życiu budzę się przez własny płacz. J. zrobił mi wielką krzywdę uświadamiając mi Uczucie. Wydawało mi się, że mam to już poukładane. Brakuje mi jej. I nic nie jestem w stanie z tym zrobić.
P. powiedziała, że od początku wiedziała, że nadal ją kocham. Że to było widać po mnie. I że jak dla niej to są dwa wyjścia. Albo o nią zawalczę – i ją dostanę, albo w wyniku tej walki poturbuję się tak bardzo, ze przejdzie mi na nią ochota. I rzuca wspólnotowym “Bój się i rób!”
A ja nie mam siły przegrywać. (Bo tak jak przez całe życie, tak i teraz motywuje mnie strach). Nie wyobrażam sobie siebie jeszcze bardziej poranionego. Wolę ten oswojony i stabilny stan poczucia beznadziei niż przeżywanie po raz kolejny odrzucenia. Gdybym chociaż miał jakiś cień szansy. Jakiś sygnał…

Brakuje mi jej.

dzień, techniczna - przejrzane

27 czerwca (II)

Mówią, że przebyłem spory kawał. Że zrobiłem woltę.
Że się obudziłem. Że to Dziś.

Mówią, że sam tego nie zauważę, nie teraz. Że potrzebny mi dystans czasu lub przestrzeni. Oni mają dystans przestrzeni. Ja będę miał kiedyś dystans czasu.

Jeśli mają rację, to zyskałem trzecią datę urodzin.
Jeśli się mylą, to nic nie straciłem.

W każdym przypadku bilans jest dodatni.
Win-win.

dzień, techniczna - przejrzane

27 czerwca

A co Ty zrobiłeś dla siebie obija mi się w głowie niczym głos dzwonu.

A ja dla siebie wyremontowałem mieszkanie. Przeniosłem się. (Chociaż jak się nad tym zastanawiam to nie wiem czy to faktycznie dla siebie czy dla N., gdzieś w podświadomości.)
I to jest to co przez ostatnie pół roku trzymało mnie w pionie. Nawet obie P. nie dawały mi poczucia spełnienia w połowie takiego jakie dawało mi mieszkanie.

Dla siebie odnowiłem szafę.
Dla siebie zwiedziłem kawał Polski i niewielki kawałek Europy.
Dla siebie kłóciłem się z każdym, kto był w stosunku do mnie interesowny (oj, nazbierałoby się ich).
Dla siebie znalazłem grupę wsparcia.
Dla siebie przyznałem, że jestem DDA i DDD.
Dla siebie odciąłem pępowinę.
W końcu dla siebie, umiem rozmawiać sam ze sobą. Umiem werbalizować uczucia. Umiem opisywać i nazywać.
Dla siebie nauczyłem się mówić NIE. Ale nie to stanowcze NIE. NIE do ludzi, którzy chcą mnie wykorzystać, są interesowni. Zabierają mnie a nie dają siebie.
Dla siebie polubiłem siebie.
Dla siebie zacząłem biegać.
Dla siebie przestałem biegać jak mi szwankowało kolano.

I dudni mi to pytanie w głowie, bo obie P. mówiły, ze jestem egoistą. Wyrzucały mi to. A skoro jest tak, że wszystko robię dla siebie, to skąd to dudnienie w głowie?


Stoję przed lustrem, jak radzili, i krzyczę sam na siebie. Wyrzucam sobie, ze nie mam racji gdy czuję się jak gówno; że JESTEM wartościowym człowiekiem, że JESTEM wspaniały, że zasługuje na szczęście, że to zależy tylko ode mnie. Krzyczę do siebie, że JESTEM ważny, rozumiesz? Ważny. I nie zasługuje, żebyś mnie traktował i myślał o mnie jak o śmieciu, słyszysz? Słyszysz?

A ja nie słyszę.
Stoję przed lustrem, wrzeszczę na swoje odbicie, ryczę jak pensjonarka (mówili mi – pozwól sobie na płacz) i nie wierzę w to co mówię.

NIE WIERZĘ.

noc, techniczna - przejrzane

24/25 czerwca

Wracamy z pracy.
Jedziemy z Magdą. I ktoś wypala, że dziś dzień przytulania. Magda się zatrzymuje – to tu ma wysiadać Monika. Dziewczyny żegnają się krótkim cmok-cmok, po czym zostajemy sami. Chwila ciszy ciągnie się niemiłosiernie. Na szczęście wyczuwając jakieś zmieszanie Magda odwraca się i pyta czy ja też ją przytulę. Wykręca się przy tym w akrobatycznej pozie, tak bym mógł z tylnego siedzenia objąć kierowcę. Przytulam. Na razie wszystko wygląda tak jak przed chwilą z Moniką. I dzieje się coś dziwnego. Magda wpija mi się w usta i całuje. I nie jest to koleżeński pocałunek. Nie jest to też pocałunek kochanków. To coś pomiędzy.


Chodzę z telefonem przy uchu i biję się sam ze sobą czy zadzwonić. Decyduję się.
W słuchawce zamiast N. męski głos. Odkładam.
Kilka chwil później próbuje ponownie.
I znów męski głos. Tym razem wysłuchuje dłużej i orientuje się że to jakiś rodzaj quizu, audiotele, czy innej sondy. Zaczynam odpowiadać na pytania wciskając kolejne numery na klawiaturze telefonu. Pytań jest całą masa.
Budzę się przed końcem odpowiadania.
A chciałem tylko złożyć życzenia.


Najdziwniejsze w tych dzisiejszych snach było poczucie realności. Scena z Moniką i Magdą wydarzyła się na prawdę. Miała odrobinę inny przebieg, ale się wydarzyła. Ten sam samochód, te same rozmowy, ta sama okolica i okoliczności. Tylko finał inny. Czyżby Freud się odzywał?

A co do telefonu – nie będę dzwonił. Mnie to porani, a jej nie pomoże. Ale najlepszego – mimo wszystko.

noc, techniczna - przejrzane

23/24 czerwca

Londyn.
Nie wiem jak to się stało, ale lecę do Londynu. Na miejscu (w mieście, które nijak nie wygląda jak Londyn) zachwycam się widokami. Wpada mi w oko kilka kadrów. Gotowych do zrobienia zdjęcia. Ale nie mam aparatu.
Wracam.

Tego samego dnia, a właściwie nocy, bo jest druga czy trzecia liczę pieniądze. Sprawdzam czy stać mnie na kolejny lot. Sprawdzam czy zdążę wrócić przed rankiem. Lecę.

Z samolotu dzwonię do Leny. Że będę, czy ma chwilę na spotkanie. Nie ma. Nie ma jej w Londynie. (Na miejscu jednak ją spotkam, więc może to nie Londyn).
Kiedy dolatuję znów idę wzdłuż tych samych miejsc co poprzednio i w odpowiednim momencie pstrykam fotkę. Mogę wracać.
W drodze na lotnisko napotykam Artura, który ściska mi dłoń zakleszczając ją w obu swoich. Mówi do mnie zdrobniale. I mówi, że gdybyśmy nie byli w Londynie to tak zdrobniale by nie mówił. Trzy kroki dalej, ze sceny, w pustą przestrzeń, bez żadnego audytorium, dwóch panów próbuje rozbawiać nieistniejącą publiczność. W jednym z nich rozpoznaje Tomka. Radnego. Wyglądającego zupełnie jak Adam Grzanka.

Wracam przed świtem. Zdążyłem. W portfelu zostało jeszcze parę drobnych. No i najważniejsze – mam zdjęcie po które poleciałem.

dzień, techniczna - przejrzane

23 czerwca

Na swoim, a obco. Bardziej u siebie czułem się pod innymi adresami w ostatnich miesiącach.
Cztery ściany. Radio gada. Plus Justyna Pochanke. I tyle.
W międzyczasie kolejni znajomi odzywają się zaczynając słowami mam sprawę (Ci bardziej taktowni wplatają to najdalej w trzecim zdaniu).

Moje własne cztery ściany, a czuję się jak w więzieniu. Brakuje mi kolejnego celu.
[J. mówi, że postawiłem sobie cel bardzo ambitny, że nie wierzył, że się uda, że stanę na swoim. Udało się bo wierzyłem. A teraz potrzebuję kolejnego celu. Czegoś w co uwierzę. Potrzebuję wyzwania, dla którego będzie mi się chciało wstawać z łóżka.]

I niezależnie jak dobrze się trzymam, jak dobrze udaje przed samym sobą, jak szeroko się uśmiecham; niezależnie od tego jak bardzo staram się nie pamiętać, wiem, że na jedno skinienie jestem gotowy warować pod drzwiami. Jak pies. Jej.
Z drugiej strony wiem, że to scenariusz najmniej możliwy ze wszystkich absurdalnych. Że nie skinie. Wiem też, że kopią mnie strzępy informacji. Szepty życzliwych. Plotki.

Ktoś, kto powiedział, że czas leczy rany nie był nigdy poraniony.

noc, techniczna - przejrzane

21/22 czerwca

Bielsko. W kiosku odbieramy zlecenia. Ja, Młody i mama.
Podjeżdżamy do jakiegoś hotelu, który wygląda niczym z filmów z lat 70tych. Wypożyczamy samochód. Mają każdy model i markę, pod warunkiem, że to będzie polonez. Bierzemy. I mimo, że wzięliśmy poloneza jakimś cudem jedziemy autokarem. Na drodze pusto. Mam wątpliwości czy będzie umiała to prowadzić, chodzi mi zwłaszcza o zakręty – w końcu to nieco większy samochód niż polonez. Zapewnia, że da radę.

Idziemy we trójkę, nadal w Bielsku. Zostaję nieco z tyłu. Zdejmuję kurtkę, bo robi się gorąco i rzucam na ziemię, tuż przy jezdni (idziemy drogą, nie ma chodnika). Nagle uzmysławiam sobie, że w tej kurtce jest portfel, a w nim karty. Odwracam się, zdążyłem odjeść jakieś dwa, może trzy metry. Ktoś już grzebie w kieszeniach mojej kurtki.
Nie zastanawiam się i rzucam się w kierunku wewnętrznej kieszonki z portfelem. Wywiązuje się szarpanina.

Na czteropasmowej (dwa w pasy w każdą stronę) drodze nadal pusto, miotamy się w pobliży zakrętu w lewo, tuż przy światłach, wyłączonych chyba.

Klinczujemy się. Pat. Remis. Żaden z nas nie ma na nic siły. Ani na wycofanie się ani na pokonanie rywala.
Niespodziewanie w głowie świta mi myśl. I zaczynam wzywać co sił w płucach policję. Trwa chwilę nim dostrzegam malutki samochodzik na horyzoncie. Mały fiat. Maluch. W barwach policji. Dwóch drabów w mundurach wewnątrz wygląda jakby wsiedli do zabawki. Na ten widok Przeciwnik rozluźnia uścisk i uwalnia się. Ucieka.

Kurtka, portfel i karty zostają ze mną.


Siedzimy u babci. Czekamy.
Wojtek, Agnieszka i Maluch.
Michał z Kasią i Maćkiem.
Kucam, Maciek pochyla się i do ucha mówi mi coś bardzo ważnego. Dla niego. I mimo, że mówi bardzo niewyraźnie rozumiem wszystkie słowa.
Pojawia się mecenas. Z asystentką. Sprawdzają po kolei wszystkie papiery. Żeby nie było obciachu na rozprawie. Po raz kolejny przegląda wszystkie ugody. On przekłada dokumenty w dłoniach, a asystentka zaznacza je na liście. Wszystko się zgadza. Możemy wyjść.

noc, techniczna - przejrzane

18/19 czerwca

Jedziemy gdzieś.
A w międzyczasie dokarmiamy zwierzaka, który się przyplątał – królika albo zająca obdartego ze skóry. Wszystkie mięśnie na wierzchu. Brak skóry i futra. Wyglądał trochę jak gołe i ślepe myszy tuż po urodzeniu.