Browse Month by July 2011
noc, techniczna - przejrzane

27/28 lipca

W więzieniu.
Mamy nosić naszyte czerwone kwadraty na klapach marynarek – znak, że jesteśmy nowi i że czasem łamiemy zasady – z niewiedzy. Te naszywki dają nam większą swobodę.
Niektórzy z nas mają nawet telefony. W końcu nikt nas specjalnie nie obszukiwał – to po co się chwalić?
Wszystko wygląda bardziej jak obóz internowania czy sanatorium bez możliwości opuszczenia turnusu niż więzienie. Nie widzę krat, przestrzenie są spore.

Na początku wierzymy, ze to pomyłka, ze za kilka dni nas wypuszczą. Ale z dnia na dzień przywykamy.
Spędzimy tu kilka lat.

noc, techniczna - przejrzane

26/27 lipca

Leżę w łóżku z gejszą. Młodą Japonką czy Chinką. Mówi, że chciałaby być ze mną, ale nie wie czy ja się popołudniu nie rozmyślę. W końcu popołudniu mam Ważną Przemowę. I podobno potem nie będę jej chciał. Tak twierdzi. Tymczasem leży obok mnie i próbuje mnie całować.

Kiedy orientuję się, że już mało czasu do Czegoś Ważnego wybiegam z łóżka i biegnę w stronę Miejsca. Po drodze wyprzedzają mnie inni pędzący na spotkanie, szturchają mnie i popędzają. Nie mogę się spóźnić. Dobiegam.

Na werandzie altany, czymś co wygląda jak ogrodowa sceneria amerykańskich ślubów, stoi tłumek piętnastu czy dwudziestu osób. A po prawej trumna.
Mam wygłosić przemówienie. W trumnie przyjaciółka mojej mamy. Tak informuje napis na tabliczce. Rozpoczyna się uroczystość, a mój ojciec nie czekając na kolejność zdarzeń bierze garść ziemi i rzuca na trumnę. Za nim inni i siłą rzeczy prowadzący ceremonią musi przejść do tego punktu programu.
Przez to zaburzenie kolejności nie wygłosiłem przemówienia. Oddycham z ulgą.

drzemka, techniczna - przejrzane

24 lipca

W knajpie, przy niesamowicie długim barze siedzi rząd facetów – wszyscy o identycznych twarzach, wszyscy (za wyjątkiem dwóch) w białych koszulach, dobrze zbudowani, krótko ostrzyżeni, o aparycji Borysa Szyca.
Ten w kącie (tam gdzie bar styka się ze ścianą) jest w czarnej koszuli. Potem rządek białych kołnierzyków i znów jeden w czarnym, a z nim kolejni na biało.

Chodzę i tłumaczę komuś, że to przenośnia. Że to symbol. Czegoś (i pojęcia nie mam w tym momencie czego, chociaż wiedziałem). Na przemian każę im wstawać i siadać na tych niewygodnych stołach barowych. Reżyseruję ruch. Układ jest ważny. Z jakiegoś powodu. Autor nie dopowiedział wszystkiego – staram się to uzupełnić.

Mam wrażenie jakbym reżyserował spektakl.

noc, techniczna - przejrzane

22/23 lipca

Siedzimy w jakiejś knajpie artystycznej. Bohema, cyganeria. Raczej pustki niż tłok. Przed chwilą kupiłem tu jakieś nietypowe obiektywy. Używane. Od Sigmy.
Rozmawiamy o czymś. Nie pamiętam o czym, wiem jedynie, że rozmowa toczy się w typowo kurtuazyjnym stylu.
Żegnamy się. Ja wychodzę. Asia zostaje.

Za jakąś godzinę wracam. Włóczyłem się po okolicy i chciałem jej zrobić niespodziankę, więc wracam. Wchodzę do wewnątrz. W środku może ze trzy osoby. Pustka.
Asia siedzi w kącie, przy okrągłym stoliku, tyłem do reszty sali. Podchodzę.
Na blacie stolika trzy setki wódki. Nienapoczęte. A ona pisze namiętnie w notatniku – takim samym jakie mają policjanci w amerykańskich filmach lub kelnerzy w polskiej rzeczywistości. Mówi, że dawno nie pisała, że to jej pomaga, ze teraz ma natchnienie i że to już kolejny tekst. Wspomina coś o ostoi i spokoju.

Wychodzę. Nie chcę jej burzyć atmosfery.
Nie mija pięć minut nim dzwoni do mnie.
Pyta kilka razy jak sobie to wyobrażam i czy traktuję ją poważnie. Że musi wiedzieć. Że to zbyt ważne, żeby się bawić w podchody i tracić czas, którego nie ma. Tak, zależy mi, odpowiadam. To wracaj,mówi.
To wracam.
Kiedy jestem na schodach do lokalu, w którym siedziała, pojawia się w drzwiach. Całuje mnie. Całujemy się. Pierwszy raz w ten sposób.

Siadamy na jakimś murku w okolicy.
Nie będzie łatwo, wiesz w co się pakujesz?, pyta.
Wiem. Chcę temu sprostać.

Po policzku cieknie jej łza.

noc, techniczna - przejrzane

19/20 lipca

Sen szkatułkowy (w nawiązaniu do powieści).

Krzątam się po kuchni, przygotowuję sobie kolację. Jest późno. Wróciłem z Poznania. Rozmawiam z rodzicami przez telefon. Mówię, że jutro też tam mam być. Na ósmą.
Niespodziewanie pośród sprzętów kuchennych, na blacie, dostrzegam N. Ma wysokość kubka, może dziesięć centymetrów; wygląda jakby stała na przystanku i czekała na autobus. Zauważa mnie i macha w moim kierunku. Jak Calineczka. Udaję, że nie widzę i wracam do rozmowy przez telefon. Zastanawiam się nad kwestią transportu do Poznania.

Pobudka.

W domu rodziców mama w moim pokoju, ojciec w łazience.
To znaczy, że będziesz rodzicem, pyta mama. Tak. Jeśli tylko da mi szansę to jestem na to gotowy.
Ale to nie będzie przecież twoje dziecko, ripostuje ojciec. Moje, odpowiadam. Moje. A czyj jest Patryk – rzucam i kieruję wzrok na mamę.
Widziałem film. Ma nie więcej niż jedenaście centymetrów. Jest moje. Odpowiadam.

Śni mi się, ze się budzę.

Szkolny korytarz. Justyna podchodzi pod drzwi sali z numerem czterdzieści pięć. Rozmawia z nauczycielką. Prosi ją o coś. O jakąś przysługę. Czy mogłaby wypełnić jakieś urzędowe pismo. Bardzo ważne. Bo nie ma kto tego zrobić, a jutro mija termin. Kobieta odmawia.

Budzę się we śnie.

Siedzę u Artura. Jesteśmy w Poznaniu. Mówi mi, że Justyna ma na jutro przygotować pięć propozycji sprzętowych. Inaczej nie dostanie dotacji. Ma przygotować coś w rodzaju przetargu, a nie zna się na sprzęcie.
Podobno parę tygodni temu obiecałeś jej pomóc. Teraz jest na Ciebie obrażona, bo musi to sama robić – rzuca.
Wstaję i wychodzę z niewielkiego domku, w którym siedzieliśmy z Arturem.

Nieopodal, w kręgu, pod drzewem, na kocu siedzą dziewczyny. Uzupełniają tabelkę wpisując dane techniczne. Słabo im idzie.
Justyna ma podać pięć aparatów które spełniają określone kryteria. Ma dwa. A termin nagli. Rzucam dwie propozycję, ale dziewczyny zdają się mnie nie słyszeć.
Wracam do Artura i mówię mu, że wprawdzie Justyna coś wspominała, że będzie chciała mojej pomocy, ale to było parę tygodni temu i wspomniała o tym raz. Nie mówiła nic konkretnego, więc nie mam sobie nic do zarzucenia, bo nie upomniała się po raz drugi, nie podała konkretów.

Budzę się.

Dowiaduję się, że Justyna zdążyła na porannym szkoleniu w Poznaniu złożyć wniosek.

Cięcie.

Śni mi się po raz kolejny (chociaż chyba pierwszy raz odkąd spisuję sny), że potrafię się unosić nad ziemią. Że potrafię skoczyć i zawisnąć w powietrzu i w takim zawisie przemieszczać się w dowolnych kierunkach. Tuż nad ziemią. Na wysokości podskoku. Bez wysiłku. Wystarczy się skupić nad tym, żeby nie spaść, a potem pomyśleć w którą udać.
Niewyobrażalne uczucie.

dzień, techniczna - przejrzane

18 lipca

Mama cztero- czy pięciolatka mija mnie w drzwiach centrum handlowego, uśmiecha się i rzuca cześć. Cześć, odpowiadam.
Nie wiem kim jest.
Mija kilka chwil min orientuję się, że to Sonia. Ta sama, której mama fundowała nam lot dwa dni temu. We śnie.
Oglądam się za siebie, ale jej już nie dostrzegam.

Jawa?

noc, techniczna - przejrzane

15/16 lipca

Mama Sonii oraz biskup z pieniędzy z komunii (zainwestowanych te dwadzieścia lat temu z powodzeniem) fundują nam wycieczkę. Lecimy do Sydney. Grupowo. Bardzo. Na tyle grupowo, że lecę nie wiedząc kim jest Sonia. W samolocie rozpoznaje kilku kolegów ze szkolnych lat; jest też paru nauczycieli. Wszyscy mówią o Sonii jak o kimś mitycznym, jak o darczyńcy, jak o mecenasie wspierającym rozwój talentów, jak o sponsorze dzieci z zakładu w Laskach. Wszyscy mówią o niej wielkimi literami. A ja nie wiem kim ona jest. Zastanawiam się czy to ta sama dziewczyna, która mieszkała kiedyś po sąsiedzku. Niby kilka faktów się zgadza, ale kto wie.

Lądujemy w Sydney.
Ale zanim wysiądziemy z samolotu pilot ostrzega żebyśmy nie wkładali czapek – pospadają. Australia jest na południowej półkuli, tu wszystko jest do góry nogami – pospadają wam czapki, uważajcie.
Kiedy wygramoliliśmy się z samolotu okazuje się, że to tylko postój, a nie miejsce docelowe – za chwile mamy lecieć na jednodniową wycieczkę na Alaskę. Ten postój jest jedynie na uzupełnienie paliwa i załatwienie formalności z paszportami.
Wsiadamy z powrotem.
Oglądam w paszporcie pieczątkę z godłem USA. I zastanawiam się czemu już ją wbito, skoro dopiero co byliśmy w Australii, do Stanów jeszcze nie dotarliśmy.

Podróż mija niezwykle szybko.
Zatłoczony samolot, sami swoi. Wszyscy znajomi Sonii. (Czyżbym tylko ja nie wiedział kim ona jest?)
Jak jej podziękować? Pada propozycja, żeby w miejscu gdzie kiedyś mieszkała zrobić wielki mural. Nasz portret. Zdjęcie grupowe. My dwadzieścia lat temu. My sprzed dwudziestu lat w pierwszym rzędzie. W drugim my teraz. Retrospekcja. Zderzenie czasów. Największą sylwetkę ma zajmować ona. W końcu to dla niej. Na pamiątkę. W podzięce. Jak tablica z marmuru w stylu W tym domu mieszkał i tworzył w latach takich to a takich wybitny poeta taki to a taki.

Docieramy na Alaskę i od razu ruszamy na przechadzkę.
Idziemy po ośnieżonych szczytach, w dziczy. Gęsiego, ścieżka jest wąska.
Nikt już nie mówi o niej, nikt jej nie wychwala. Jest zimno, a my nie wiemy dokąd nas prowadzą przewodnicy.

Wyjmuję aparat. W końcu nie często podróżuje się po Alasce. Przykładam do oka i w tym momencie tuż pod ścieżką, jakieś 30 metrów ode mnie (a wlokę się na końcu ogonka turystów) dostrzegam walczące ze sobą zwierzęta. Coś co przypomina sporego byka oraz przerośnięta wersja dzika. Mimo tego, nie widać znaczącej różnicy w rozmiarach, walka nie wygląda na nierówną.
Szamotanina i wzajemne pofukiwania trwają chwilę.
Cykam serię zdjęć. I po którymś ujęciu dociera do mnie, że bestie nie walczą już ze sobą ale przyglądają mi się uważnie. Odstawiam aparat od oka, zawieszam na szyi i próbuję spokojnie oddalić się cały czas obserwując zwierzęta.
Zostałam sporo w tyle za kompanami. A wiem, że gwałtownymi ruchami, biegiem, ściągnę na siebie niebezpieczeństwo. Oddalam się udając spokój, zdecydowanym krokiem, serce wali mi jak młot, ale udaje się.
Lokalna fauna znika mi z pola widzenia.

Doganiam grupę, w międzyczasie okazuje się, że to już cała wycieczka. Że zaraz wracamy do Sydney.