Browse Month by August 2011
dzień, techniczna - przejrzane

6 sierpnia

Bo kiedy po raz kolejny słyszysz, że powinieneś coś z tym zrobić, to należy się zastanowić. Bo mówią to ludzie, którzy się ponoć znają. Którzy podobno nie jedno widzieli. Bo mówią to ludzie, którzy nie słyszeli innych podobnych opinii. Więc nie sugerują się innymi.

A mnie się nie chce. I dobrze mi z tym. Trwonię.

Chociaż może coś jest na rzeczy.

noc, techniczna - przejrzane

4/5 sierpnia

Jakieś gigantyczne warsztaty dla bogatych lub aspirujących do bogactwa.
Mamy na sobie dobrze skrojone garnitury, koszule w modnych kolorach i drogie krawaty.
Na jednych z pierwszych zajęć uczymy się oprawiać obrazy, naciągać płótno na ramy. Ponoć to równie ważne jak golf, fortepian i znajomość jakiegoś egzotycznego języka.

Potem w wielkiej sali, po tym jak wcześniej dostaliśmy do ręki po pięć tysięcy wirtualnej gotówki, mamy wydać to na swoje hobby. Najlepiej z zyskiem. Ktoś kupuje karnet do opery czy na balet. Taki prestiżowy, który pozwala na fotelu z tyłu przykręcić grawerowaną tabliczkę z nazwiskiem mecenasa. Ktoś inny inwestuje w naukę czytanie schematów elektrycznych – w końcu w dzisiejszych czasach trzeba się znać na technologiach.

Siedzimy w ogromnej sali – wygląda to jak widownia w hali sportowej – rzędy krzeseł osadzone nieco pod kosem do ziemi. Zajmuje swoje miejsce. Chwile potem jakaś hostessa, ktoś z obsługi, podchodzi do mnie, dotyka mojego policzka i mówi, że mam wystające kości policzkowe, że to wina ósemek. Że jutro jest dentysta, będziemy się pozbywać ósemek, bo są nieestetyczne.

A mamy być młodzi, bogaci, piękni i bardziej ekskluzywni niż ktokolwiek inny.


Zbiegowisko pod jakimś budynkiem. Mimo, że widzę obce twarze, którym nie potrafię przypisać imion, wiem, ze znam tych ludzi, ze to moja rodzina. Wśród tłumu znam tylko ojca i matkę. Rozgardiasz, ludzie się kłócą. W zamieszaniu łącze fakty ze sobą w jedną całość, układam puzzle. Dopasowuję części.

Ktoś z rodziny osierocił dziewczynkę. Kilka dni temu. I teraz dzieciaczek jest w tym domu, przy którym jesteśmy. To jakiś sierociniec lub inna instytucja społeczna. Kłótnia trwa o to kto ma się zająć dzieckiem. O dziwo, każdy chce ją wziąć do siebie.
Ktoś wchodzi po schodach i przez drzwi dowiaduje się od kogoś z wewnątrz, że musi minąć piętnaści tygodni nim dziewczynka trafi do kogoś z nas, z takie są procedury, że przepisy.
Ktoś inny lamentuje, że tak długi czas dla takiego malucha to szok, że to odciśnie piętno na psychice małej.

Wracamy samochodem. Pytam rodziców jak to sobie wyobrażają, jak chcą być rodziną zastępczą skoro nie potrafili być namiastką prawdziwej rodziny. Żadne z nich nie odpowiada.

noc, techniczna - przejrzane

2/3 sierpnia

Wchodzimy do kina.
Ale nie wygląda to jak zwykła kino. Krzesła ustawione w szeregu – jedno za drugim. Sznurek foteli. Jak siądziesz nie masz sąsiada z boku – tylko z przodu i z tyłu. Oraz z góry lub dołu. Bo całość jest piętrowa. Niczym ściana. Całość obraca się wokół własnej osi. Ekranem jest cylindryczna ściana całego pomieszczenia.

Wpadamy na salę w ostatniej chwili. Seans już się zaczyna. Dostrzegam dwa wolna miejsca w najwyższym miejscu. Z tyłu. Siadamy.

Po chwili schodzę żeby kupić bilety.
Za ladą panie, która znam z pracy. Panie, których z wzajemnością nie lubię. Płacę za bilety i w odpowiedzi słyszę jakieś docinki o spóźnianiu się.
Wracam na miejsce. Z głośników sączy się melodia czołówki. Identyczna jak w “Halo Szpicbródka”. Nucimy. Chwilę trwa nim panie z kasy chórem, jednocześnie, stwierdzają, że za zakłócania seansu można wylecieć z sali. Milkniemy. Sam film jest o jakimś wodewillu. Jak Szpicbródka, ale bez Szpicbródki.