Browse Month by January 2012
drzemka

26 stycznia

Hybryda Szymborskiej i Niewiadomskiej opowiada mi jak próbuje opłynąć świat. Prawie samotnie – bo w towarzystwie asystenta. Pokazuje mi łódkę, na której mierzy się sama ze sobą. Pytam czy jeśli jej się uda to będzie najstarszą osobą, która tego dokonała. Ważę słowa, przy kwestii wieku. Uśmiecha się i mówi, że nawet o tym nie pomyślała.


Czytam jakieś kilka zdań które N. napisała do mnie. Na monitorze.
Nie, jeszcze nie wyszłam za mąż, ale lubię – wbrew wszystkiemu – mówić o nim Narzeczony.
Znałam go wcześniej.

noc

20/21 stycznia

Strzępki


W mieszkaniu Marcina spotykam Kasię (Ani Kasi, ani Marcina nie widziałem od lat). Dzisiaj ma dwójkę dzieci. Mamy iść do kina. Jest z nią jakiś mężczyzna. Z początku myślę, że to mąż, ale potem, z kontekstów rozmów wnioskuję, że to brat (chociaż nie miała brata, a siostrę).

Kino w górach. Rozpoznaję Wisłę. I o dziwo doszliśmy tu na piechotę. Za to wrócimy już samochodem.
Samego seansu nie pamiętam – możliwe, że w ogóle nie byliśmy w kinie. W międzyczasie zgubiliśmy gdzieś jej brata.
A kiedy idziemy na parking po samochód, ona wciąż narzekając na swój los niby przypadkiem chwyta mnie za rękę.
Patrzy na mnie i mówi, że poprzedni związek to była pomyłka.
Drętwieję.


Robimy ślub jakiejś polsko-ajztyckiej pary (Ale o dziwo raz on, a raz ona jest Azjatką). Jesteśmy w miejscu, gdzie śluby robi się hurtem. Za nami czekają już kolejne pary.
Na tablicach korkowych dziesiątki życzeń dla Młodych Par. Różnią się tylko imionami.
Zamiast sprzętu dźwigamy w rękach klatki zrobione z metalowych obręczy, ciasno spasowane ze sobą.


W czasie wieczornego biegu w słuchawkach zamiast muzyki słyszę dzwonek. Wydawca Dwojga Nazwisk mówi, żebym nie planował nic na wrzesień i październik. Że prawie na pewno (i to prawie na pewno powtarza jeszcze kilkakrotnie) we wrześniu się uda. Że mam się pojawić jak będę miał czas bo trzeba omówić szczegóły. Że okładka jest do wybrania. Że są projekty – na razie trzy, ale to niż wiążącego. I nagle nie jestem na trasie, nie mam stroju do treningu. Siedzę w biurze, przy biurku – przede mną kawa, a po drugiej stronie Wydawca.
Wyciąga z teczki trzy rysunki. Sieńczyk. Mówię, że jego nie chcę. Ale może ona mi zrobi okładkę.
I w tym momencie obok nas, nieco w oddali, przy drugim biurku pojawia się Lena. Siedzi przy starej maszynie do pisania i stuka beznamiętnie jedną ręką w klawiaturę. Wybija nowe słowa.
W kościstych placach drugiej ręki trzyma cienkiego papierosa. Wygląda jakby przed chwilą wstała.
Zerka na mnie i mówi, że ma terminy, że mało czasu. Że tego nie czuje, że taki projekt to samogwałt dla artysty.
Wydawca rzuca jej kwotę honorarium. Przyniosę projekty za dwa tygodnie – rzuca Lena i znika tak samo niespodziewanie jak się pojawiła.

noc

16/17 stycznia

O 16 podczas telekonferencji mam odwołać z funkcji Angelę Merkel.

noc

styczeń

Zbiorczy


Na tablicy korkowej dziesięć, może dwanaście kolorowych pinezek z masywnymi łebkami. Pionowo, po lewej stronie. Od każdej z nich, w prawo ciągnie się kolorowa niteczka, włóczka, a może kordonka. Z początku, przez pierwsze kilka centymetrów biegną równolegle do siebie – z lewa do prawa. Równe niczym pięciolinia w zeszycie. Tylko po to, żeby dalej utworzyć plątaninę kolorowych linii. Jak plan metra. Każda zmiana kierunku to kolejna pinezka. Chaos.
Wpatruję się w tę tablicę kilka godzin. Podziwiam.


Centrum. Na przystanku naprzeciw poczty stoi JP. Zauważa mnie. Spieszę się dokądś, w dłoniach mam telefon. Idę szybkim krokiem w stronę schodów przejścia podziemnego. JP uśmiecha się, odwzajemniam uśmiech.
Chwilę waham się czy nie podejść, ale uznaję, że nie mam ani ochoty na konwenanse ani czasu na coś więcej niż pogawędka o pogodzie. Ona chyba to zauważa, bo widzę w oku zrozumienie.
Wbiegam w przejście podziemne.
Cała scena trwała może z półtorej sekundy.


Łeba.
Kręte korytarze opuszczonego, parterowego ośrodka wypoczynkowego.
Jednym z nich trafiamy bezpośrednio na brzeg. Bez plaży. A raczej z plażą o szerokości pół metra.
W oddali widzimy jak żurawie podnoszą przechylony i wpółzatopiony transatlantyk.
Widzieliśmy to wcześniej w telewizji.


Mam coraz mniej czasu na pisanie. Paradoksalnie teraz, kiedy zaczęło mi to przynosić wymierne dochody.

noc

12/13 stycznia

Pole golfowe. Floryda, Miami albo Japonia. Rzadki lasek, masa wody i piasku. Coś w stylu bagien, ale bez wciągania. Gdzieniegdzie na słońcu leniwie ogrzewają się aligatory (albo krokodyle).
I na tym polu golfowym R. Kubica robi dwa poniżej par na dołku z piątką. Gramy razem. Debla. Przyglądają się nam tłumy turystów w hawajskich koszulach i szortach khaki, w słomkowych kapeluszach z lornetkami na szyjach. Podtatusiowali 40latkowie, z brzuchami.
W przewie idziemy do jakiegoś pomieszczenia, w którym stoją rzędy symulatorów F1.
Pytam Roberta jak to było z tą ręką. A on odpowiada, że to media. Że ręka jest prawie sprawna i to co ostatnio donosiły serwisy plotkarskie to bujda. A co z ponownie złamaną kostką? Na to pytanie tylko się uśmiecha i pyta czy wygląda na złamaną? Nie wygląda. No właśnie. Poślizgnął się na chodniku, zobaczył to jakiś reporter i ten poślizg zaczął żyć własnym życiem. Tak się dzieje. Przyzwyczaił się już. Zresztą – jutro pewnie okaże się, że porzucił wyścigi dla golfa. Tak mówi.

noc

9/10 stycznia

Jesteśmy na jakimś obozie organizowanym przez ojca Rydzyka.
Mamy już wracać, pakujemy manatki, koniec imprezy.

I nagle nie wiem czemu we dwójkę schodzimy na dół. Pomieszczenie przypomina koryto autostrady – szerokie, wysokie i długie tak bardzo, ze nie widać końca. Być może to jakiś podziemny tunel komunikacyjny.
Woda po kostki.
Schodzę jako drugi. Zaczynam obawiać się o ubranie – w końcu zamokną mi skarpety (jestem bez butów), a zaraz mamy jechać. Podwijam nogawki wyjściowych spodni. Skarpetki zostawiam na nogach.

Mija kilka chwil i docieramy do jakiegoś zaułka.
Nie wiem jak to się stało, ale nie mam już ani spodni, ani skarpet, o których zamoczenie się martwiłem. Jestem w boskerkach i koszuli.
Magda, o fizys Ani Muchy, zbliża się do mnie. Atmosfera się zagęszcza, odległe światła migają bladym blaskiem. Na horyzoncie ani żywej duszy. Kilka sekund później nasze wargi pochłaniają się wzajemnie w konwulsjach. Zapominamy się.
A gdzieś w międzyczasie, nie przerywając tego dziwnego zespolenia, ona chwyta mocno moją rękę i stanowczym, nagłym i niemal brutalnym ruchem kładzie moją dłoń na swoim kroczu. Jest ubrana. Mimo to wyczuwam dokładnie ciepło i wilgoć przez spodnie od garsonki.

Oddajemy się sobie.


Otwieram oczy, a pomiędzy nami leży Mała (która od kilku dni już nie jest Małą, tylko Małgosią). Śpi. Kwiląc przez sen.
I nachodzi mnie refleksja, że dziwne to uczucie kiedy śpiąc z dwiema kobietami w jednym łóżku śni się trzecia, w dodatku o wyglądzie kogoś zupełnie innego, czwartego.
Uśmiecham się.

noc

6/7 stycznia

Łódź.
Idziemy z Młodym od dworca na rynek.
Łódź, ale jakaś taka inna, wiem, że Łódź, ale nie wygląda jak Łódź.
Idziemy cały czas prosto, nieco ponad pół godziny, szybkim krokiem. Przez cały czas marszu staram się włączyć nawigację.

Na rynku, Młody zawraca. Ja zostaję. Moją uwagę zwraca scena. I tłumek ludzi tuż pod nią. Na deskach jakaś opera lub operetka. W konwencji rockowej.
Podchodzę bliżej i widzę Martę. Ubrana jak diablica, w czarno-czerwonych skórach, z gołymi plecami, odsłoniętymi nogami, z pejczem w ręku i przyprawionymi rogami. Oprócz niej na scenie jeszcze ktoś.
Ona odśpiewuje jakąś arię wymachując przy tym pejczem. Jest bardzo sugestywna.
Kojarzę melodię, nucę nawet pod nosem, ale wszelkie próby ustalenia tytułu spełzają na niczym.

Trwa to parę chwil nim się budzę.

noc

5/6 stycznia

We trójkę idziemy do domu nieopodal. Doglądamy tam niemowlaka – dziewczynki.
Maleństwo w śpioszkach ma zabrudzone krwią ręce. Magda mówi, że widocznie dziewczynka zaczęła wcześniej dojrzewać i właśnie dostała pierwszego okresu.
Ale to najwyżej półroczne dziecko.
Biorę małą na ręce, a one idą dalej.
Nie mija kilka chwil nim słyszę przeraźliwy krzyk z pokoju, który służy dzieciątku za sypialnię. Obie chórem, przekrzykując się wzajemnie i wymachując teatralnie rękami oznajmiają, że w tamtym pokoju jest niedźwiedż. Że urządził sobie barłóg w łóżeczku, że śpi, że obok jest krew i to pewnie stąd krew na śpioszkach i na rączkach.

Uciekamy.