Browse Month by February 2012
drzemka

22 lutego

Umawiam się z Adą Borek na jakiś odległy termin. Za dwa tygodnie. W Piotrkowie Trybunalskim.
Bo po co tu i teraz?

noc

18/19 lutego

U Patrycji. Mieszkanie ma jakieś inne – z pokojem przechodnim.
Wychodzimy. A tuż po tym, na przystanku (nie wiem czemu stoję na przystanku) spotykam Pawła. Zaprasza do siebie. I okazuje się, że mieszka w tym samym budynku, z którego przed chwilą wyszedłem, w którym przd chwilą mieszkała Patrycja. I to nie jest ten budynek, w którym mieszkała w rzeczywistości. To dawny dom kultury. Dwie kondygnacje, niepozorna budowla.
Wchodzimy do środka. Paweł mówi, ze mieszkał z dwoma kolegami, ale oni już nie żyją i mieszka sam. Pokazuje mi gdzie stały ich łóżka. Wyszli do pracy i nie żyją.
Schodzimy.
I nagle Paweł krzyczy, ze spóźnimy się na piątki. (Tym razem mam plecak – jakbym się wybierał na jakąś dłuższą wyprawę). Faktycznie – autobus (jadący w tym miejscu, gdzie normalnie jeżdżą tramwaje dwadzieścia sześć) mija nas z zawrotną prędkością.

Gdziekolwiek jechałem – jestem spóźniony.


Dwóch więźniów w czerwonych, więziennych kombinezonach z drelichu.
I te czerwone sznurówki.

Czy więźniom nie zabiera się sznurówek?

noc

15/16 lutego

Warszawa.
U podnóża Pałacu kultury, przy budzie z prażonymi orzechami telefon. (I nie pamiętam czy ja dzwonię czy dzwoni do mnie). N. Wiem, ze jest na szczycie. Chyba to jednak ja dzwonię. Że jeśli chce mnie zobaczyć to niech się wychyli, bo akurat jestem u podstaw, kilkanaście pięter niżej. Pytam z grzeczności co u niej, a ona odpowiada, żeby zajrzał na jakiegoś bloga (podaje nazwę, ale teraz ta nazwa mi nic nie mówi, we śnie mówiła; w nazwie było coś z dziesiątką). Nie, nie wejdę. Wolę nie wchodzić i nie czytać. Oboje się uśmiechamy. Z różnych powodów.

Pierwsza imaginacja rozmowy bez wyrzutów i agresji.

Budzę się.

noc

11/12 lutego

Strzępki.

Adrian, Bogusz i Marcin w jakimś wielkim przeglądzie kabaretowym próbują swoich sił.

Wracam samolotem – Bronek ma pilotować, ale ktoś wpada na pomysł imprezy na pokładzie i wszystko się opóźnia.

Zmiana pościeli w jakiejś kolonijne spelunie.

Nauczycielka wuefu prosi, czy nie moglibyśmy się zamienić na sale – bo jej dzieci są na korytarzu już kilka tygodni, a my i tak nie zajmujemy całej hali.

W bramie (której nie ma) i w klatce schodowej nabazgrane kredą jeże. W pierwszej chwili chcę robić zdjęcia, bo myślę, ze to N. robi sobie żarty – potem dostrzegam,z ę to jakaś nietypowa reklama kredytów hipotecznych.

noc

10/11 lutego

Jestem w domu u JP. Być może wcześniej jechałem z nią samochodem. Ona prowadziła. A być może w samochodzie byliśmy później.
Teraz siedzimy u niej w salonie przy mały stoliku kawowym. Albo wchodzimy do salonu. Przy stoliku siedzi Rafał. JP mnie przedstawia. A on podaje mi rękę nie wstając z miejsca (łapie trzy minusy na starcie – nie wstał, rękę podał mi na siedząco, to raz, ma w ustach jedzenie, o tym jak bardzo mu miło mnie poznać dowiedziałem się spomiędzy mlaśnięć – to dwa; i wygląda niewyjściowo – jakiś niedbały szlafrok, zaniedbany zarost na twarzy, zdecydowanie nie jest to strój do przyjmowania gości. W dodatku jakieś resztki bekonu zwisają mu z ust).

Przeniesienie. (Być może znów jedziemy samochodem). Jesteśmy (z JP i Rafałem) na jakimś zamku. Albo w innych ruinach. Forteca, a może stara fabryka udostępniona do zwiedzania. Na szczycie (może to baszta albo wieża, a może komin platformą widokową) Rafał robi zdjęcia ich córce (chociaż mają sześcioletniego syna!). Mówi, że to do jakiegoś konkursu do szkoły. Że Mała (tu pada imię, które mi uleciało) potrzebuje to na już. A właściwie na wczoraj. Że zapomnieli. Że teraz robię.

Cięcie.

Idę z kimś w Łodzi – chodnikiem po lewej stronie jezdni. W oddali, jednym z budynków w szeregu zabudowy jest kościół. Przed nim tłum, pięciu, sześciu mężczyzn. Z daleka wyglądają jak uliczni grajkowie.
Z bliska nabierają wyglądu kardynałów hiszpańskiej inkwizycji. Proszą o datki ustawieni w rzędzie.
Zanim ich minę podejmuję decyzję o przejściu na druga stronę ulicy – nie chcę być niepokojony.
Zanim wejdę na ulicę sen ucieka.

noc

7/8 lutego

Na peronie katowickiego dworca, miedzy torami jest zejście na basem. Niepozorne. Wygląda jak przejście podziemne. Ale prowadzi do kompleksu basenów. Ukryte między zejściami do tunelów przydworcowych.


Magda skarży się i przeprasza za styczeń. Za to, że była zimna, że grała niedostępną. Okazało się, ze tamten ją odrzucił.
Obejmuję ją i mówię, że nic się nie stało, że czasem tak jest.
Stoimy chwilę po czym wsiada do autobusu. Tracę ją z oczu.
A wszystko na tym samym przystanku, na którym kiedyś widziałem JP. Ale tym razem scena dzieje się z drugiej strony.

noc

16/17 lutego

Śni mi się forma powieściowa. Struktura. Forma. Łączniki, konstrukcja fabuły, sposób prowadzenia narracji.
A do tego jakieś mgliste zarysy treści.

noc

5/6 lutego

W obcym mieście i w obcym łóżku.
Głos Karoliny zabawia mnie, żebym nie poczuł się zaniedbany. Ona sama gdzieś za ścianą. Chociaż pojawia się od czasu do czasu. Troska.

noc

4/5 lutego

Na parkingu mijam Szmala.
Na tym samym parkingu grupa ludzi ze statywu robi zdjęcia. Po drugiej stronie drogi Sezam. Celują w niego.
Tuż przy krawędzi betonu brzeg – jezioro lub morze.
Tuż przy brzegu zatopiony drogowy pachołek. Fale, Woda i odwrócony pachołek. Wszystko w bezruchu – jak ze zdjęcia. Jak zamrożone.
Dotykam przypadkiem pachołka, przesuwa się nieznacznie. Jednak woda. A mimo to nieruchome fale przeczą zdrowemu rozsądkowi.

W oddali góry ciągnące się wzdłuż brzegu, z potem woda a za nią majestatyczne szczyty. Szwecja. Wiem, ze to Szwecja.