Browse Month by March 2012
noc

28/26 marca

Jestem na jakiejś wojnie.
Ranny. Ale o dziwo nie od kuli. Ktoś wbił i pręt w lewe udo. A może strzałę z łuku. W każdym razi coś jak pręt.
Rana krwawi, ja nie mogę się samodzielnie poruszać. Czołgam się na boku. Współżołnierze ściągają mnie z pola. Mówię im, że mają mnie dobić jeśli zacznę stanowić obciążenie.


Wracam wieczorem do domu.
W sypialni na czystej, pachnącej pościeli siedzi N. Nago. Skulona. Widzę tylko jej plecy (jak już się obudzę to dojdę do wniosku, że to nie była N. bo włosy nie zalewały jej pleców).
Rozmawiamy chwilę, zupełnie bez nerwów. Dowiaduję się, że teraz język hiszpański, że odpuściła te socjalne figle, że zrobiła prawo jazdy, że mieszkają razem, a właściwie to ona go utrzymuje. Że mieszkają w okolicy, ale nie powie gdzie.
Naciskam – chciałbym wiedzieć jakich okolic unikać, żeby się na nią nie natknąć.
Unika odpowiedzi.
Cały czas widzę tylko nagie plecy.


Przepaść. Jakieś zawody, albo gry zręcznościowe. Rozległa szczelina o szerokości ośmiu, może dzisięciu metrów. Młody próbuje przeskoczyć i dostać się na drugą stronę – tan jest przeciwna drużyna. Udaje mu się z ledwością.
Za drugim razem nie ma tyle szczęścia. Spada I zastyga w bezruchu dwadzieścia metrów niżej.
A potem śmigłowiec i szpital.


Testujemy z Młodym u ojca aparat. Kupił sobie sprzęt z dodatkami, które sprawiają, że ogniskowa sięga 1800mm. (to pamiętam doskonale). Całość wygląda przedziwnie. Jakość obrazu nie powala. Zwłaszcza, że nie kupił statywu.


Przypadkiem wchodzę na jej blog. Na chwilę, ułamek sekundy. Tak krótko, ze zauważam jedynie ścianę tekstu, bez wyłapania żadnego słowa.

I nie wiem czy to sen czy jawa.

noc

24/25 marca

W domu mam kota. Wygląda co prawda nieco dziwnie – jak skrzyżowanie szczura z jeżem, a do tego z dwiema dodatkowymi nogami (to po prawej stronie bliżej przedniej, w pełni sprawna, ta po lewej, bliżej tylnej, wygląda jak proteza, bezruchu), ale zwierzątko to zawsze zwierzątko.
Ucieka w przewody wentylacyjne.

Ale to kot.
Wiem.

noc

15/16 marca

Nad jeziorem, albo nad morzem wygrzebuję się z auta. Chowam do plecaka zegarki, telefony, klucze i całą masę ważnych rzeczy. W tym samym czasie przez wszechobecne szczekaczki minister zdrowia oświadcza, że zaostrza kary za nieprzebadanie sobie nerek. Do 22 lat pozbawienia wolności. I daje obywatelom 100 dni na zapisanie się na badania.

Za tylną szybą widzę jak grupka nastolatek pod przewodnictwem Matyldy D. chichocze szukając czegoś w torebkach. Szczebioczą.

Odchodzę na da kroki od samochodu – i w tym momencie obok parkuje tłusty facet. Ociera się o mój wóz, a przy tym jednocześnie o sąsiedni. Mnie rysuje drzwi, tamtemu wgniata się w bok. Na fotelu pasażera otyły gówniarz. Pryszczaty, z tłustymi włosami.
Bardziej od moich porysowanych drzwi absorbuje mnie sąsiedni wóz.
Mój bła. Chwila nieuwagi i pryszczaty odjeżdża moim samochodem. Kluczyki były w stacyjce.
Biegnę za nim i przez szybę wyrywam kluczyki ze stacyjki.

noc

12/13 marca

W jakimś lesie, w czasie wojny dzielimy się na dwa oddziały. Ja zgłaszam się do bojowego. Wolę działać niż czekać bezczynnie. Zamiast amunicji dostaję garść kart pamięci.

noc

8/9 marca

Jestem starą kobietą.
Ktoś wkłada mi zadrukowaną kartę w zgięty, prawy łokieć. A potem wyciąga powoli.
Robią mi się trzy (czemu trzy?) poprzeczne szramy. Z początku są delikatne, ale z czasem, stopniowo stają się coraz bardziej rozległe. Otwierają się. Skóra się rozchyla. Nacięcia stają się głębokie. Wygląda to jak skórka fasoli, która stygnie po ugotowaniu – wszystko dzieje się samo. Patrzę na to bezradnie.

Ktoś próbuje mnie opatrzyć. Kobieta spryskuje moje rany jakimś specyfikiem. Ale nim to robi czuję jak dłoń zaczyna mi gnić. Nim założy mi opatrunek wrażenie gnicia dociera do przedramienia.

Będzie bolało. Musimy amputować. Mówi.
I znów czymś psika – tym razem ramię, owija bandażem. Odwracam wzrok i zaciskam zęby.

Błysk.

Jestem gdzieś indziej. Mam rękę, która boli nadal tak, jakby gniła. Mam bandaż założony na ramieniu.
Widzę Dyducha, mówię mu co się stało, a on patrzy na mnie z politowaniem, podchodzi, zdejmuje opatrunek, zapiera się z całej siły jedną dłonią bierze moją prawą dłoń, a drugą opiera na obojczyku. Chwile mocuje się z moimi starymi kośćmi, po czym mówi, że już.

I faktycznie, ból przechodzi.
Spoglądam na miejsce, w którym były samorozwijające się rany. Nie ma ich.

noc

7/8 marca

Podczas mycia zębów włosie ze szczoteczki całymi pękami zostaje mi między zębami. Usuwanie tego trwa dłużej niż trzy minuty szorowania…
Nawiedza mnie to po raza kolejny. Za każdym razem mam inną szczoteczkę. Zęby są całe.

noc

1/2 marca

N. dzwoni do mnie i opowiada jakieś mało znaczące historie. Rozmowa się nie klei. Zresztą trudno to nazwać rozmową. Sytuacja powtarza się trzykrotnie. Po drugiej rozmowie w portfelu pojawiają mi się zdjęcia czy też pocztówki z jej podpisami. Jakby rozmowa odbywała się listownie. Milczę.

Jesteśmy oprowadzani po zakładzie ojca. Wycieczka jakaś. Prowadzi kobieta, mój ojciec asystuje i stara się być zabawny wtrącając co jakiś czas czerstwe dowcipy.
Widzimy gdzie się robi żółto-srebrne kule Nikona. Widzimy plany myśliwca w skali jeden do jeden z papeiru.
A najdziwniejsze, że na hali produkcyjnej co rusz napotykamy stoiska z jedzeniem. Wyśmienite makarony sprowadzane z Włoch, sosy pomidorowe i cała reszta delikatesowego zaopatrzenia z najwyższej półki.

Wspinamy się na górę. Góra jest w Ustroniu, my jesteśmy na Kalinowej. Na wysokości kościoła. Do góry dochodzi się uliczkami, których nazwy nawiązują do Turcji (to tutaj przed stu laty osiedlili się Turcy; zostały po nich tylko nazwy uliczek).