Browse Month by June 2012
noc

22/23 czerwca

Najpierw historia o tym, że w czasie wojny, okrążeni mamy napaść na pociąg nieprzyjaciela. Tuż przed akcją dowiadujemy się że nieopodal mają przejechać dwa w ogóle nie strzeżone składy i można by je łatwo zniszczyć.
Dwóch ludzi podpala się i wchodzi na tory – żywe pochodnie mają zapalić pociągi. Nie zapalają.

Potem historia o tym, że będąc na boisku, na meczu, na stadionie pełnym ludzi, broniąc w polu karnym główkuję tak niefortunnie, że robi się z wyniku 5:3 aż 6:3. Przegrywamy. Zawodnicy zaczynają pajacować – gramy rękami. Sędzia na pytania czy nie powinien przerwać meczu mówi, że to i tak teraz już nie jest protokołowane.

Na tym samym meczu pojawia się jednoosobowy dwupłatowiec. Zawisa tuż nad trawą, staje dęba i śmigłem zaczyna kosić trawę. Obok niego jegomość monstrualnych rozmiarów – jakby trzymał ten aeroplan w sposób w jaki trzyma się kosy spalinowe. Śmigłem kosi trawę.

Potem ten sam samolot i ten sam jegomość (ale już o normalnych rozmiarach – samolot za to uległ zmniejszeniu) w jakimś pokoju, tnie meble – zdziera poszycie z kanap (a w drugim pomieszczeniu trwa przyjęcie) – próbuję zainteresować siedzących biesiadników demolką, ale nikt nie reaguje.

noc

16/17 czerwca

Ubrany we frak czy inny surdut wchodzę na scenę, na której czeka na mnie fortepian.
Światło oślepia mnie na tyle, że nie widzę publiczności.
To jakieś przesłuchanie, popis albo koncert dyplomowy.
Mam trzydzieści lat.

Zaczynam powoli. Gram Chopina, ale nie wiem co. Nie pamiętam. Delikatne dźwięku stopniowo przechodzą w coraz mocniejsze i cięższe. Burza. Szał.
Trwa to kilka minut.
Kończę łagodnie czymś co przypomina mi preludium deszczowe.

Brawa.
Kłaniam się i schodzę.

Za kulisami, pani dyrektor (a może kustosz) gratuluje i pyta ile ćwiczyłem.
Mówię, że niedługo, że jeden (ale nie pamiętam czy rok, miesiąc czy dzień). Ona na to, ze słychać było braki techniczne, ale że jeśli w tak krótkim czasie opanowałem ten repertuar to mógłbym zrobić sporo więcej.
Mam trzydzieści lat. O dwadzieścia pięć za późno żeby stać się zawodowym pianistą. Tak mówi.
Ale mogę być doskonałym amatorem.

noc

6/7 czerwca

Trafiamy na Antarktydę.
Wbrew pozorom nie jest dziewicza i niezaludniona. Wszedzie potężne panele słoneczne, kilka dróg, mijamy też wóz straży pożarnej, a im dalej w kierunku bieguna brniemy tym więcej ciężkiego sprzętu. Koparki, buldożery.
I te panele słoneczne.
Jest zimno, ale nie ekstremalnie zimno. Jak zimą.
Pod jednym z paneli słonecznych (które kształtem przypominają zadaszenia amfiteatrów) krzesła – wycieczka szkolna szykuje się do obejrzenia jakiejś edukacyjnej projekcji.
Docieramy do bieguna w niecałe trzy godziny.
W międzyczasie minęliśmy jedną drogę obsadzoną po obu stronach najzwyklejszymi domami.

Terratransformacja?

noc

31 maja / 1 czerwca

Wracamy z Młodym skądś i po drodze z zaskoczenia odwiedzamy JP.
Ugaszcza nas ciastem, mówi, ze się spieszy, ale widać, że zrobiliśmy jej niespodziankę
Kiedy po kilku minutach odprowadza mnie do drzwi szepczę jej do ucha, że wiem o ciąży, że życzę wszystkiego dobrego.
Ona łapie się za brzuch i mówi, że nie może się doczekać na Andzię.
Proponuje, byśmy jeszcze trochę zostali – ma jeszcze kilka minut.
Opowiada o tym, ze założyli cukiernie – specjalizują się w sękaczach; że Rafał studiuje angielski – bo chcą też założyć szkołę językową. Że Igora do przedszkola co drugi dzień prowadzi opiekunka, bo oni mają masę zajęć.
Że jest dobrze.

I widać, ze nie koloryzuje.