Browse Category by noc
noc, techniczna - przejrzane

18/19 stycznia

Jestem z N. Jesteśmy na jakimś balu, komunii albo innym Ważnym Przyjęciu. Chodzi o Karolinę. To ona jest tu najważniejszą, to jej uroczystość. Ubrana w długą, powłóczystą suknię z jedwabiów w kolorze beżu i śliwki. Wokół mnóstwo ludzi z mojej przeszłości i teraźniejszości. Tak jakbyśmy mieli jakieś styczne punkty, jakichś wspólnych znajomych. Jej znajomi, (w jej wieku, a ma teraz nieco ponad dwadzieścia lat) mają twarze dzieciaków z kolonii, jej wujkowie mają twarze moich kolegów z pracy. Znam większość gości.
Po uroczystości, której charakteru nie pamiętam (Komunia? Bierzmowanie? Ważny koncert? Na pewno nie ślub). Wszyscy podchodzą i składają Jej życzenia czy gratulacje. Za każdym razem kiedy ja podchodzę jestem ignorowany. Jakbym był niewidoczny. Jakbym nie istniał. Sytuacja powtarza się kilka razy. W końcu pochodzimy razem z N. Razem. Karolina zachowuje się jakby mnie i tym razeEm nie widziała. Ostentacyjnie mnie nie zauważa.

Irytuję się. Mam wrażenie, ze N. jej opowiedziała historie, ze przedstawiła mnie w czarniejszym świetle. Ale z drugiej strony czuje, ze miała prawo.

Skrucha i poczucie winy miesza się we mnie z narastająca irytacja – czemu jestem ignorowany? Rozpacz. Desperacja. Brak atencji.
I nagle, niby pół żartem, zaczynam nucić pod nosem Nagila Hava. Potem głośniej. I głośniej. Śpiewam na cale gardło. Zaczynam się ruszać udając żydowski taniec radości.

I NIC. Jestem ignorowany.

Po uroczystości wszyscy goście jada na dziewiąte piętro. N. rozmawia z Karoliną, z treści wyczytuję, że nie widziały się dawno. Karolina namawia ją na odwiedziny na tym dziewiątym pietrze. N. patrzy na mnie i odmawia. Czuję, że nie chce mi robić przykrości. Skazywać mnie na bycie przezroczystym.

I wtedy ja jej mowie żeby jechała. Żeby nawet została na noc. Ze po nią przyjadę. Żeby się nie martwiła.

Jedzie na górę. Ja przenoszę się nagle na dwór. Na rodzinnym osiedlu. Czekam na N. W rękach mam foliowe reklamówki i desperacko próbuje złapać w nie resztki wiatru. Chcę latać. Chcę latać. Jak na paralotni.


Budzę się i dobrych kilka minut próbuję zapamiętać szczegóły, kolejność zdarzeń, twarze i swoje emocje. I nie wiem skąd nagle sen o N. Karolinie i poczuciu odrzucenia.

Analizuje swoje uczucia jak na terapii.

Nie wiem.

noc, techniczna - przejrzane

30/31 października

Przełom wiosny i lata. Jestem sporo młodszy. niewiele po maturze. Dowiaduje się, że dostałem stypendium, naukowe.W ramach tego stypendium trzeba odbyć staż, zrobić jakieś badania. Nie pamietam dziedziny; a moze nie byla nawet istotna. Wszystko potrwa około pół roku. W Indiach.

Dostaniemy sie tam, wraz z innymi stypendystami, statkiem. Masywny kolos, transatlantycki wycieczkowiec, cały do naszej dyspozycji. Podróż zajmie dwa, góra trzy dni. Popłyniemy wzdłuż zachodniej Afryki, potem ją opłyniemy od południa, a stamtąd wprost na półwysep indyjski.

Dobrą nowinę dostarczył mi Krzysiek. Zdaje się być kimś w rodzaju opienkuna stażu, mentora.

Zastanawiam sie jak zareagują rodzice kiedy się dowiedzą, że za dwa dni wypływam na kilka miesięcy.

noc, techniczna - przejrzane

27/28 października

W czteropiętrowym autobusie, na ostatnim pietrze, na końcu jakaś kobieta krzyczy na dziecko, szarpie je. Wtrącam się. Daję jakiś moralizatorski wykład o wychowaniu. Patos. Blogojciec. Kobieta słucha bez słowa. Zaskoczona, że ktoś w ogóle zwrócił jej uwagę.

Schodzę niżej. Poszczególne piętra autobusu łączą nie schody, ale metalowa drabina. Wracam na swoje miejsce, na drugim piętrze, siadam w fotelu po prawej strobie przejścia, mniej więcej w połowie długości. Opieram się wygodnie. Zamykam oczy.

Autobus dokądś jedzie. Nie wiem dokąd.

I nagle czuję na swojej twarzy oddech. Otwieram oczy i widzę MR, która wystawia głowę z fotela za mną. Jej głowa nad moją głową. Moja twarz naprzeciw jej twarzy. Jej czoło nad moja brodą. Moja broda pod jej czołem. Niemal stykamy sie nosami. Jej włosy spływają na moja twarz, tworząc zasłonę, odcinając nas od reszty świata. Ona się uśmiecha, w oczach ma blask. Zachwyt. Puszcze mi oko. Próbuje mnie pocałować. 

Robię unik. Mam kogoś, mówię. To nie byłoby fair.

noc

9/10 kwietnia

W. (burza czerwono-rudych loków), N. i S. studiują razem.
Razem.
Nie mają pojęcia o współistnieniu.

Wybierają się na wycieczkę. Barcelona. W sprawach naukowych. Z całą grupą.
Ja mam być kierowcą.
Dojeżdżamy do Warszawa, nocujemy w obskurnym hotelu. a potem zapada decyzje, że wracamy, na chwilę, do domu.

W. wygląda zadziwiająco dobrze. N. odmłodniała o kilka lat. S wyszczuplała.
Zdaje się, że jesteśmy kilka lat młodsi.

noc

14/15 marca

Widzę notatki. N. Zeszyt.

Na dole, po prawej stronie zdanie w obcym języku (nie wiem w jakim, ale rozumiem)
Ł. nauczył mnie gotować
Ł. Nie pełne imię.
Odwracam kartkę a tam lista ma dalszy ciąg. Przez całą stronę ciągnie się szyk zdań. Wszystkie zaczynają się podobnie J. nauczył mnie…
Na samym dole ostatnie zdanie
S. nauczył mnie Życia
Życie napisane wielką literą i wykaligrafowane. Widać, że to pisała z wielkim zaangażowaniem, z pietyzmem.

Spis kochanków.

noc

6/7 marca

Basia przychodzi do mnie. Widzimy się pierwszy raz od kilku lat. Rozmawiamy. Jest normalnie.

Kiedy już zbiera się do wyjścia, po godzinie lub dwóch pytam jak tam dziecko (bo wiem, ze niedawno urodziła, chociaż nie widać tego po sylwetce – nadal jest szczupła). Pytam czy to chłopczyk czy dziewczynka – bo nawet nie wiem. Pytam chyba nawet o imię.

Baśka wybucha płaczem. Histeryzuje. Mówi, ze nie wie. Że lekarze mimo kilku tygodniu od porodu nie potrafią podać płci, nie są pewni. Płacze. Wycedza przez łzy, że w przyszłym tygodniu mają się zakończyć jakieś badania i będzie już coś wyjaśnione.

A teraz dziecko nie ma imienia. Nie ma się jak do niego zwracać. Nie ma jak o nie zapytać.

Bez imienia i bez płci nie istnieje.

noc

19/20 sierpnia

W zatłoczonym wyjściu z jakiegoś dworca, wśród tłumu ludzi rozpoznaję plecak N. A potem bluzę N. przytroczoną wokół pasa. W końcu samą N. Jest przede mną.

Szybko przyspieszam kroku, prewencyjnie przykładam telefon od ucha (tak jak to robię, kiedy chcę uniknąć niechcianej rozmowy).
Wyprzedzam ją. Zostawiam w tyle cały tłum.

Mimo to ,widzę, ze przyspieszyła. W witrynach sklepów widzę jej odbicie trzy kroki za mną.

Przyspieszam.
Ona za mną.

Staję żeby zawiązać but. Markuję.
Ona za mną.

Budzę się.
Całość trwa może dziesięć sekund.

noc

18/19 sierpnia

N. wchodzi do pracy z marsową miną. Wyraźnie jest na coś zła. Sprawia mi to dziką satysfakcję.
Jednak nim cokolwiek się wyjaśni, nim minie nawet kilka sekund, budzę się.

Próba szybkiego zaśnięcia i powrotu do przerwanej sceny udaje się połowicznie. Zasypiam.

Tym razem na jakichś zawodach sportowych, przymierzam się w bloku startowym. Źle ustawiony. Odwrotnie nogi. Lewa zamieniona z prawą.

A dystans? Na oko jakieś sześć, góra osiem metrów. Tym bardziej będzie się liczył dobry start.

noc

30/31 lipca

Agnieszka Osiecka przeprowadza egzekucje.
Wyczytuje nas po kolei, według spisu w dzienniku. Całosc przebiega sprawnie.
Wyczytuje mnie. Rozbieram się do bielizny, podchodzę do materaca, robię fikołka i nim skończę dostaję strzał w tył głowy.
Mam teraz poczekać, za chwilę mam na być martwy – wyprowadza mnie do poczekalni i wyczytuje kolejne nazwisko.
A mnie nic nie jest.
Żyję.
Palcami wyczuwam sporą dziurę z tyłu głowy, ale nic nie boli, krwawi, ale nie boli.
Kilka chwil potem, w czasie kiedy oprawczyni ma przerwę podchodzi do mnie, rzem z inną, wyraźnie starszą kobietą w typie wiedźmy. Obie na przemian szepczą mi do ucha listę ziół.
Mówią, że jak przygotuje wywar z takiej mieszanki to nic mi nie będzie. To wrócę szybko do pełni sił i po mojej śmierci nie będzie nawet śladu.
Bo podobno jednak nie żyję. Wbrew pozorom.
Wychodzę


Nowak opowiada mi o synu Lenina.
Jesteśmy na przemian w jego aucie i gdzieś na otwartej przestrzeni.
Wołają na niego Piwko. Zdrobnienie od Nikifor – tak mówi.

noc

24/25 lipca

Patrycja mówi, że prawko ma od dziesięciu lat. Że to co mówiła wcześniej, to tylko po to, żeby mnie zmobilizować, zachęcić.
Okłamała mnie.
Po niej się tego nie spodziewałem.