Browse Category by noc
noc

końcówka kwietnia

Sprzed kilku dni.

W jakimś niejasnym kontekście śni mi się N. Ma obcięte włosy. Fryzura na wczesną Brosiównę. II z całego snu najbardziej pamiętam te włosy.

noc

23/24 kwietnia

W sporej wielkości sali, wypełnionej ludźmi co chwila w powietrze wystrzeliwują dziwne pojazdy. mocno spłaszczone kule, o średnicy płyty cd, właściwie bardziej spore pastylki niż kule – tak bardzo spłaszczone. Do każdego takiego pocisku są przymocowane różnego kształtu stateczniki.
Większość tych dziwnych przedmiotów wiruje wokół własnej osi z zatrważającą prędkością.
Ale niektóre wolniej. W końcu trafia się taki kształt statecznika, który powoduje całkowity brak rotacji – spora pastylka po prostu powoli opada, jak szybowiec. Bez rotacji.
[Pamiętam dokładnie kształt tych stateczników, być może potem je naszkicuje].
Pokazuję Nowakowi, że jest, ze znalazłem ten kształt. Robimy jeszcze kilka prób, dla pewności. Za każdy razem wystrzelony pocisk opada powoli, bez rotacji, z dostojeństwem, jakby przecząc grawitacji – a co najważniejsze dla nas – absolutnie bez żadnej rotacji.

Nowak mówi, ze z takimi wynikami mógłbym wrócić na studia. Że wszystkie polibudy przyjmą mnie z otwartymi rękami. A ja na to, że w Stanach, na podstawie tego jednego badania mógłbym zrobić doktorat. A u nas muszę się przebijać przez masę nieinteresujących mnie przedmiotów. A na końcu i tak piszę pracę, która jest nikomu nie potrzebna. Absurd.
Ale żeby nie było, że to do końca takie figle, zabawa, Nowak instruuje mnie jak to wszystko odliczyć od ZUSu. żeby przynajmniej koszty się zwróciły.


Wstaję i pamiętam dokładnie jak wyglądało to co wymyśliłem. Postaram się naszkicować.

noc

22/23 kwietnia

Suplement.

Na poczcie, albo w innym miejscu gdzie panie siedzą za przeszklonymi przegrodami, komunikując się przez okienko z petentami, ktoś psioczy na taką panią. A ona, nie wzruszona wszywa kartę do książki. Introligatorska robota.
Sprawne ruchy. Raz raz i już. Kilkanaście sekund i księga ma kolejną kartę z czerpanego papieru.

Jesteśmy pod wrażeniem.

noc

22/23 kwietnia

Śni mi się że śpię. I w tym śnie w śnie mam wrażenie, jestem przekonany, że za rok, na siódmą rocznicę, N. będzie obok. Że to co trwa już półtora roku jest chwilowe. Budzę się (śniąc teraz pojedynczy sen mam nadzieję, że jednak do tego nie dojdzie).
Gazeta, która jeszcze przed momentem była pismem odręcznym znów jest gazetą. A w niej biznesplan. Kredyt na ponad 230 tysięcy. Sprzęt daje AWF. A cała interes polega na robieniu im zdjęć. Wymienione są dokładnie rzeczy, które należy zakupić. Wśród nich chemia. Odczynniki (wyszczególnione z nazw, jakieś chlorki i związki srebra).
A całość to pomysł na życie N.


Siedzimy przy komputerze, przy jakimś biurku, obok Aniowska. Pokazuję jej coś. Ona je. Jakiś makaron. Rozmawiamy o czymś (uleciało), na pewno mówię, ze mam zrzuconą z vhs na dvd naszą komunię, ze jak chce to jej zrobię kopię. Wymawia się. Nie chce. Po chwili mówi, z makaronem w ustach, że musi pójśc po Doriana. Ale ma wrócić z nim za jakiś czas.


Jestem konferansjerem. Nie pamiętam co o za impreza. Pamiętam za to, że zamiast zejść ze sceny między kolejnymi występami ja stoję jak kołek i gapię się na kolejne osoby na scenie. Z poziomu publiczności na pewno to nie wygląda dobrze.

noc

17/18 kwietnia

Siedzimy u babci w pokoju.
Ja, Patrycja-współlokatorka N, oraz ktoś jeszcze.
Przynoszę jakieś prezenty – nie pamiętam co, ale pamiętam że to coś znacznego. N. ma dziś urodziny. (Dziwne, wiem, że jest 18 kwietnia). Czekamy na nią.

I jakieś półtorej godziny przed jej spodziewanym przyjściem uświadamiam sobie, że jej widok może mi zrobić kuku. Że swoje już zrobiłem, że nie chcę zaprzepaszczać tej pracy. Że nie muszę jej widzieć. Że to zaboli.
I wychodzę.

noc

16/16 kwietnia

Jakieś galerie, obrazy i statystyki oglądalności. Najbardziej oblegane są obrazy francuskie i włoskie. Najmniej czeskie.


Parking przed blokiem, ten w kształcie koście, jest teraz trawnikiem leciwego wujka. Trawa króciutka, angielska. A całość pokryte siatką w heksy. Dwu, trzycentymetrowe. Z cienkiego, ale mocnego sznurka.
Wujek coś mówi o lektoratach. A ja po raz kolejny mam wrażenie, że opuszczam zajęcia, że nie byłem w ogóle w tym semestrze na biologii i lektoracie z czeskiego.


Zabawne, że to wrażenie opuszczania zajęć jest mi znajome, miałem wrażenie, że śni mi się często, ale dopiero pierwszy raz odkąd notuję sny.

noc

15/16 kwietnia

Pod koniec wojny Hitler zniewolony. Jest styczeń 45 roku. Bitwa nad Bzdurą (sic!). Kanclerz w klatce odseparowany od rządzenia jest teraz buforem bezpieczeństwa dla generalicji – każda porażka jest jego winą. Każde zwycięstwo ma ojców generałów. Bitwa nad Bzura (która jest teraz gdzieś w pobliżu Nysy Łużyckiej) została przegrana.


Siedzimy u Krystiana i czekamy na kogoś jeszcze. Mamy oglądać jakiś film.
I kiedy przychodzi ktoś jeszcze ma twarz kogoś znajomego. Wysoki, dobrze zbudowany, krótko ogolony rudzielec.
Zamiast oglądać film siadamy do stołu.
Kotlety z kaczki. Po trzy sztuki na głowę.

noc

14/15 kwietnia

JP siedzi oparta o ścianę i narzeka na męża. Że się nie rozwija. Że cały czas jest tak samo. Że zatrzymał się na pewnym etapie i zgnuśniał. Że teraz nawet jak ma zrobić coś co zajmuje 40 minut, a jest z tego stówka czy dwie to jemu się nie chce.
Ona narzeka, a ja widzę tylko jej śnieżnobiałe zęby – jak z reklamy pasty do zębów. Słowa zlewają mi się w jeden dźwięk, a do mnie dociera tylko biel tych zębów.
A w tym czasie ona zrobiła kilka specjalizacji, dochrapała się stanowiska dyplomowanego, zarabia całkiem nieźle (jeszcze gorzej niż on, ale w tym tempie to się szybko zmieni). I czuje marazm.

A nie chciałaby być całe życie podporucznikową.

I nagle nie wiem czy to JP czy Sandra.

noc

13/14 kwietnia

Najpierw w pociągu, albo metrze, spotykam półnagą Asię. Wyłącznie w figach. Po jakimś czasie kochamy się.

A potem ląduję wśród ludzi, którzy podróżują, trampy. Za 25 lub 70 dolarów proponują wyprawę stopem z Cieszyna Do Nowego Jorku. Przy czym te dolary to na bilet lotniczy (mamy lecieć z Portugalii, bo bliżej więc taniej).
Jak wracam za kilka godzin z podjętą decyzją oni już się pakują. Grupa około 20-25 osób.

Potem okazuje się, ze mój ojciec też się znalazł w tej grupie – krzyczy do mnie przez telefon, że zapakowałem mu 19 kilogramów jabłek do bagażnika.

[Jak się obudziłem znałem więcej szczegółów, teraz uleciało]

noc

8/9 kwietnia

Budzę się, a po mojej lewej stronie, na moim łóżku leży N. Na plecach ma wymalowany długopisem jakiś napis. Ozdobny, wykaligrafowany. Cieniutkimi liniami. W takim stylu jak maluje się rozmawiając przez telefon, albo nudząc się na lekcjach – mnóstwo cieniutkich linii próbujących biec po wspólnym torze.
Malunek zajmuje jej całe plecy – na górze dominuje napis, na dole jakieś ozdobniki, a całość zamyka rama.
Wszystko zrobione różnokolorowymi długopisami.
Wskazuję jej to, a ona znika w łazience, żeby przejrzeć się w lustrze (nie pamiętam czy mówię, czy tylko pokazuję gestem, nie pamiętam, żeby padły jakieś słowa, więc pewnie o gesty chodziło).

Siedzimy na trybunie jakiejś hali sportowej, dość wysoko, prawie przy samym suficie. Jest nas około trzydziestu osób. Znamy się. Takie mam wrażenie. Jesteśmy tam w jakimś konkretnym celu, ale nie ma to nic wspólnego ze sportem. Nie pamiętam.
Wstaję i przechadzam się przed pierwszym rzędem krzesełek, tuż przy barierce za którą w dole jest przepaść (pewnie parkiet boiska). Nagle włącza się reflektor punktowy, który śledzi mnie przez resztę drogi. Mam świadomość, że ktoś mnie filmuje. No więc błaznuję. Udaję zmieszanie. Zakłopotanie. Rozglądam się niepewnie wokoło. Zagubienie. Jaś Fasola.

N. w oddali, chyba po drugiej stronie tej przepaści, krzyczy (albo gestykuluje – bo znów nie pamiętam słów), żebym odebrał telefon jak zadzwoni. Że to ważne, bo będzie chciała pomówić o kimś (i znów – wiem o kim; za to po przebudzeniu ta wiedza ulatuje – zostaje tylko świadomość, ze wiedziałem).
Scena wygląda jak w filmach – gdzie dwoje ludzi stoi w tłumie, oddaleni od siebie, niech bezie, ze na peronie, albo na stacji metra. Gwar i mrowie ludzi zagłusza komunikacje, ale Cie ludzie i tak wiedzą co mają sobie do powiedzenia. Mimo rozgardiaszu. Bez słów.