Browse Category by techniczna – przejrzane
noc, techniczna - przejrzane

17/18 sierpnia

Sen o lataniu.
Unoszę się nad ziemią z jakąś dwójką kolonistów, którzy trzymają się za ręce. Wakacyjna miłość.
Pytają jak to robię. Mówię, że powtarzam sobie w czasie lotu słówka, uczę się języków w locie. Obecnie ćwiczę arabski.
Lewitujemy nad starówką jakiegoś miasta. Wybrukowane ulice, lekkie pagórki, wyremontowane kamienice.

noc, techniczna - przejrzane

13/14 sierpnia

Na stacji próbujemy zapakować się do pociągów. Objuczone kobiety, ubrane w stylu irańskim, z tobołami próbują dostać się do wagonów. Czepiają się każdego możliwego uchwytu.
Pociąg wygląda jakby przeciążony był zanim ktokolwiek do niego wsiadł. Ludzie siedzą na dachach, zwisają ze stopni schodów, wystają przez okna z przeładowanych przedziałów. Pośród ludzi różnokolorowe toboły.
Jakaś kobieta próbuje dostać się do przedziału, ale mieści się tylko jej bagaż – niebieski zwitek, wielkości worka marynarskiego. Nie szkodzi. Pojadę na rowerze obok pociągu. Może nawet potrzymam się żeby nie musieć pedałować – mówi do jakieś innej kobiety.
Upycha pakunek wewnątrz pociągu, a sama siada na rower i łapie się ramy okna wagonu.
Po chwili skład rusza, kobieta jedzie obok pociągu.

Obrazek jak z Indii lub Iranu. Biedota i jedyny w tygodniu pociąg.


Jesteśmy przyczepieni za pociągiem – brakło dla nas miejsca. Wagon ciągnie nas za sobą. Ja na plecach, wprost na torach. Jestem ostatni w rządku.
Uświadamiam sobie, że kobieta nie mogła zbyt długo jechać obok wagonu, bo przecież torowisko jest kamieniste – nie da się zbyt długo rowerem poruszać po takim terenie, do tego dochodzi prędkość. Musiała w końcu się puścić.

Sam w tej chwili jestem ciągnięty po kamienistym torowisku, a mimo to nic nie czuję. Plecy mnie nie bilą. A może mam pod sobą jaką płytę na niewielkich kółeczkach albo deskę?

Wjeżdżamy w las.

Mija dłuższa chwila, kiedy przez tor, po którym przed chwilą przejechaliśmy pędem przebiega sarna. A może jelonek. Z prawej strony. Przekracza torowisko w takim tempie, jakby coś go goniło.
Sekundę czy dwie później pojawia się pościg – dwa sporej wielkości zwierzęta, umaszczone na biało, z czarnymi pasami. Rzucają się na szyję ofierze. Jeden z agresorów wygląda jak borsuk (ale przecież borsuki nie polują na sarny). Kiedy już uporały się z obiadem odwracają się. Oba stworzenia mają teraz wygląd hien-albinosów. Biała zamiast rdzawej sierść, czarne pasy na ciele, piana i krew w psyku.
Patrzą w naszą stronę.

A skład się oddala coraz bardziej.

noc, techniczna - przejrzane

11/12 sierpnia

Unoszę się w powietrzu, inaczej niż zwykle. Tym razem na wysokości sporego budynku. I wiem, ze jak zacznę machać rękami to nabiorę pędu.
Lecę na zachód. Wystartowałem z balkonu, z domu mojego ojca. Mijam wiatraki elektrowni (w głowę bym dał, że tu nigdy wiatraków nie było, tylko konwencjonalna elektrownia). Szybuję jeszcze kilka minut, kiedy orientuję się, ze miałem skorzystać z wiatraków, że miały mi pomóc i mnie pchnąć na północ. Wracam.


Na tvn wciąż emitują film o jakiejś nastolatce która zginęła w bestialski sposób. Dokument. Reportaż z życia, nagle urwany.
Obsesyjnie usiłuje przełączać kiedy tylko zaczyna się emisja. Nie chcę tego oglądać, chociaż nie wiem co to za film, wiem tylko, że w finale dziewczyna nie żyje.
Im częściej zmieniam kanały w ucieczce przed seansem tym częściej trafiam na zapowiedź filmu.

dzień, techniczna - przejrzane

6 sierpnia

Bo kiedy po raz kolejny słyszysz, że powinieneś coś z tym zrobić, to należy się zastanowić. Bo mówią to ludzie, którzy się ponoć znają. Którzy podobno nie jedno widzieli. Bo mówią to ludzie, którzy nie słyszeli innych podobnych opinii. Więc nie sugerują się innymi.

A mnie się nie chce. I dobrze mi z tym. Trwonię.

Chociaż może coś jest na rzeczy.

noc, techniczna - przejrzane

4/5 sierpnia

Jakieś gigantyczne warsztaty dla bogatych lub aspirujących do bogactwa.
Mamy na sobie dobrze skrojone garnitury, koszule w modnych kolorach i drogie krawaty.
Na jednych z pierwszych zajęć uczymy się oprawiać obrazy, naciągać płótno na ramy. Ponoć to równie ważne jak golf, fortepian i znajomość jakiegoś egzotycznego języka.

Potem w wielkiej sali, po tym jak wcześniej dostaliśmy do ręki po pięć tysięcy wirtualnej gotówki, mamy wydać to na swoje hobby. Najlepiej z zyskiem. Ktoś kupuje karnet do opery czy na balet. Taki prestiżowy, który pozwala na fotelu z tyłu przykręcić grawerowaną tabliczkę z nazwiskiem mecenasa. Ktoś inny inwestuje w naukę czytanie schematów elektrycznych – w końcu w dzisiejszych czasach trzeba się znać na technologiach.

Siedzimy w ogromnej sali – wygląda to jak widownia w hali sportowej – rzędy krzeseł osadzone nieco pod kosem do ziemi. Zajmuje swoje miejsce. Chwile potem jakaś hostessa, ktoś z obsługi, podchodzi do mnie, dotyka mojego policzka i mówi, że mam wystające kości policzkowe, że to wina ósemek. Że jutro jest dentysta, będziemy się pozbywać ósemek, bo są nieestetyczne.

A mamy być młodzi, bogaci, piękni i bardziej ekskluzywni niż ktokolwiek inny.


Zbiegowisko pod jakimś budynkiem. Mimo, że widzę obce twarze, którym nie potrafię przypisać imion, wiem, ze znam tych ludzi, ze to moja rodzina. Wśród tłumu znam tylko ojca i matkę. Rozgardiasz, ludzie się kłócą. W zamieszaniu łącze fakty ze sobą w jedną całość, układam puzzle. Dopasowuję części.

Ktoś z rodziny osierocił dziewczynkę. Kilka dni temu. I teraz dzieciaczek jest w tym domu, przy którym jesteśmy. To jakiś sierociniec lub inna instytucja społeczna. Kłótnia trwa o to kto ma się zająć dzieckiem. O dziwo, każdy chce ją wziąć do siebie.
Ktoś wchodzi po schodach i przez drzwi dowiaduje się od kogoś z wewnątrz, że musi minąć piętnaści tygodni nim dziewczynka trafi do kogoś z nas, z takie są procedury, że przepisy.
Ktoś inny lamentuje, że tak długi czas dla takiego malucha to szok, że to odciśnie piętno na psychice małej.

Wracamy samochodem. Pytam rodziców jak to sobie wyobrażają, jak chcą być rodziną zastępczą skoro nie potrafili być namiastką prawdziwej rodziny. Żadne z nich nie odpowiada.

noc, techniczna - przejrzane

2/3 sierpnia

Wchodzimy do kina.
Ale nie wygląda to jak zwykła kino. Krzesła ustawione w szeregu – jedno za drugim. Sznurek foteli. Jak siądziesz nie masz sąsiada z boku – tylko z przodu i z tyłu. Oraz z góry lub dołu. Bo całość jest piętrowa. Niczym ściana. Całość obraca się wokół własnej osi. Ekranem jest cylindryczna ściana całego pomieszczenia.

Wpadamy na salę w ostatniej chwili. Seans już się zaczyna. Dostrzegam dwa wolna miejsca w najwyższym miejscu. Z tyłu. Siadamy.

Po chwili schodzę żeby kupić bilety.
Za ladą panie, która znam z pracy. Panie, których z wzajemnością nie lubię. Płacę za bilety i w odpowiedzi słyszę jakieś docinki o spóźnianiu się.
Wracam na miejsce. Z głośników sączy się melodia czołówki. Identyczna jak w “Halo Szpicbródka”. Nucimy. Chwilę trwa nim panie z kasy chórem, jednocześnie, stwierdzają, że za zakłócania seansu można wylecieć z sali. Milkniemy. Sam film jest o jakimś wodewillu. Jak Szpicbródka, ale bez Szpicbródki.

noc, techniczna - przejrzane

27/28 lipca

W więzieniu.
Mamy nosić naszyte czerwone kwadraty na klapach marynarek – znak, że jesteśmy nowi i że czasem łamiemy zasady – z niewiedzy. Te naszywki dają nam większą swobodę.
Niektórzy z nas mają nawet telefony. W końcu nikt nas specjalnie nie obszukiwał – to po co się chwalić?
Wszystko wygląda bardziej jak obóz internowania czy sanatorium bez możliwości opuszczenia turnusu niż więzienie. Nie widzę krat, przestrzenie są spore.

Na początku wierzymy, ze to pomyłka, ze za kilka dni nas wypuszczą. Ale z dnia na dzień przywykamy.
Spędzimy tu kilka lat.