Browse Tag by Artur
drzemka, techniczna - przejrzane

24 lipca

W knajpie, przy niesamowicie długim barze siedzi rząd facetów – wszyscy o identycznych twarzach, wszyscy (za wyjątkiem dwóch) w białych koszulach, dobrze zbudowani, krótko ostrzyżeni, o aparycji Borysa Szyca.
Ten w kącie (tam gdzie bar styka się ze ścianą) jest w czarnej koszuli. Potem rządek białych kołnierzyków i znów jeden w czarnym, a z nim kolejni na biało.

Chodzę i tłumaczę komuś, że to przenośnia. Że to symbol. Czegoś (i pojęcia nie mam w tym momencie czego, chociaż wiedziałem). Na przemian każę im wstawać i siadać na tych niewygodnych stołach barowych. Reżyseruję ruch. Układ jest ważny. Z jakiegoś powodu. Autor nie dopowiedział wszystkiego – staram się to uzupełnić.

Mam wrażenie jakbym reżyserował spektakl.

noc, techniczna - przejrzane

19/20 lipca

Sen szkatułkowy (w nawiązaniu do powieści).

Krzątam się po kuchni, przygotowuję sobie kolację. Jest późno. Wróciłem z Poznania. Rozmawiam z rodzicami przez telefon. Mówię, że jutro też tam mam być. Na ósmą.
Niespodziewanie pośród sprzętów kuchennych, na blacie, dostrzegam N. Ma wysokość kubka, może dziesięć centymetrów; wygląda jakby stała na przystanku i czekała na autobus. Zauważa mnie i macha w moim kierunku. Jak Calineczka. Udaję, że nie widzę i wracam do rozmowy przez telefon. Zastanawiam się nad kwestią transportu do Poznania.

Pobudka.

W domu rodziców mama w moim pokoju, ojciec w łazience.
To znaczy, że będziesz rodzicem, pyta mama. Tak. Jeśli tylko da mi szansę to jestem na to gotowy.
Ale to nie będzie przecież twoje dziecko, ripostuje ojciec. Moje, odpowiadam. Moje. A czyj jest Patryk – rzucam i kieruję wzrok na mamę.
Widziałem film. Ma nie więcej niż jedenaście centymetrów. Jest moje. Odpowiadam.

Śni mi się, ze się budzę.

Szkolny korytarz. Justyna podchodzi pod drzwi sali z numerem czterdzieści pięć. Rozmawia z nauczycielką. Prosi ją o coś. O jakąś przysługę. Czy mogłaby wypełnić jakieś urzędowe pismo. Bardzo ważne. Bo nie ma kto tego zrobić, a jutro mija termin. Kobieta odmawia.

Budzę się we śnie.

Siedzę u Artura. Jesteśmy w Poznaniu. Mówi mi, że Justyna ma na jutro przygotować pięć propozycji sprzętowych. Inaczej nie dostanie dotacji. Ma przygotować coś w rodzaju przetargu, a nie zna się na sprzęcie.
Podobno parę tygodni temu obiecałeś jej pomóc. Teraz jest na Ciebie obrażona, bo musi to sama robić – rzuca.
Wstaję i wychodzę z niewielkiego domku, w którym siedzieliśmy z Arturem.

Nieopodal, w kręgu, pod drzewem, na kocu siedzą dziewczyny. Uzupełniają tabelkę wpisując dane techniczne. Słabo im idzie.
Justyna ma podać pięć aparatów które spełniają określone kryteria. Ma dwa. A termin nagli. Rzucam dwie propozycję, ale dziewczyny zdają się mnie nie słyszeć.
Wracam do Artura i mówię mu, że wprawdzie Justyna coś wspominała, że będzie chciała mojej pomocy, ale to było parę tygodni temu i wspomniała o tym raz. Nie mówiła nic konkretnego, więc nie mam sobie nic do zarzucenia, bo nie upomniała się po raz drugi, nie podała konkretów.

Budzę się.

Dowiaduję się, że Justyna zdążyła na porannym szkoleniu w Poznaniu złożyć wniosek.

Cięcie.

Śni mi się po raz kolejny (chociaż chyba pierwszy raz odkąd spisuję sny), że potrafię się unosić nad ziemią. Że potrafię skoczyć i zawisnąć w powietrzu i w takim zawisie przemieszczać się w dowolnych kierunkach. Tuż nad ziemią. Na wysokości podskoku. Bez wysiłku. Wystarczy się skupić nad tym, żeby nie spaść, a potem pomyśleć w którą udać.
Niewyobrażalne uczucie.

noc, techniczna - przejrzane

23/24 czerwca

Londyn.
Nie wiem jak to się stało, ale lecę do Londynu. Na miejscu (w mieście, które nijak nie wygląda jak Londyn) zachwycam się widokami. Wpada mi w oko kilka kadrów. Gotowych do zrobienia zdjęcia. Ale nie mam aparatu.
Wracam.

Tego samego dnia, a właściwie nocy, bo jest druga czy trzecia liczę pieniądze. Sprawdzam czy stać mnie na kolejny lot. Sprawdzam czy zdążę wrócić przed rankiem. Lecę.

Z samolotu dzwonię do Leny. Że będę, czy ma chwilę na spotkanie. Nie ma. Nie ma jej w Londynie. (Na miejscu jednak ją spotkam, więc może to nie Londyn).
Kiedy dolatuję znów idę wzdłuż tych samych miejsc co poprzednio i w odpowiednim momencie pstrykam fotkę. Mogę wracać.
W drodze na lotnisko napotykam Artura, który ściska mi dłoń zakleszczając ją w obu swoich. Mówi do mnie zdrobniale. I mówi, że gdybyśmy nie byli w Londynie to tak zdrobniale by nie mówił. Trzy kroki dalej, ze sceny, w pustą przestrzeń, bez żadnego audytorium, dwóch panów próbuje rozbawiać nieistniejącą publiczność. W jednym z nich rozpoznaje Tomka. Radnego. Wyglądającego zupełnie jak Adam Grzanka.

Wracam przed świtem. Zdążyłem. W portfelu zostało jeszcze parę drobnych. No i najważniejsze – mam zdjęcie po które poleciałem.