Browse Tag by Bronek
noc, techniczna - przejrzane

17/15 lipca

Bolą mnie oczy.
Idziemy do apteki. Michał kupuje coś dla siebie, ja chcę krople do oczu. Zdarza się że przestaje widzieć, mówię farmaceutce. Ta wręcza mi jakąś miksturę i podaje cenę. Kładę na ladzie banknot. A zamiast reszty otrzymuję bilety komunikacji miejskiej. Spora suma wymieniona na zbędne bilety (przecież ja nie jeżdżę autobusami). Zwracam grzecznie uwagę i rozpoczyna się piekło.
W międzyczasie w aptece, w tłumie klientów pojawia się kontrola z urzędu skarbowego. To argument, który przekonuje, że bilety nie są najlepszym sposobem uregulowania płatności. Odzyskuje pieniądze.

Cięcie.

Siedzimy w jakimś bistro. We czwórkę. Dosiadamy się do kogoś. Do maleńkiego stolika.
Zakrapiam oczy. Najpierw prawe, a potem lewe. I w momencie kiedy do obu zaaplikowałem lekarstwo czuję się jak ogłuszony. Jak zaćpany. Nic nie widzę, a dźwięki które do mnie docierają są dziwnie zmodulowane – albo przytłumione i niskie jak głosy operowe grubych śpiewaków, albo brzmiące jak syntezator mowy.
Wprawdzie farmaceutka mówiła, że to silny lek, że daje kopa, ale nie sądziłem, że aż tak.

Cięcie.

Siedzimy na antresoli w jakiejś księgarni czy bibliotece urządzonej w stylu wiktoriańskim. Ciężkie, drewniane, rzeźbione meble, takie same schody, poręcze i wszystko wokół. Pośród mnóstwa zakurzonych książek pakujemy coś do pudełek z falistej tektury. Pudełka są nowe, ranimy sobie dłonie o ostre krawędzie papieru. Asia, która siedzi po mojej lewej kontynuuje wywód.
Wiesz, mógłbyś się zapisać do tej szkoły gdzie Bronek uczył się latać. To nieopodal mnie. W sumie blisko, instruktorzy sprawdzeni, dobre warunki.
I nagle ni stąd ni zowąd po jej lewej stronie pojawia się Bronek, robi dokładnie to co my. Pewnie siedział tam od zawsze, ale go nie widziałem.
I przytakuje. Tak, to zdecydowanie dobra szkoła. Mają nowy sprzęt i dobrych nauczycieli. Zapisz się.

noc, techniczna - przejrzane

3/4 lipca

Stoimy w miejscu, gdzie mógłby być stok, lub choćby pas do startów paralotniarzy. Pokazuję Bronkowi warunki. Ale wiesz, tu nie bardzo, tu są bloki z dwóch stron, przyjdzie boczny wiatr i zanim trafisz na komin to jesteś na bloku. Odpada. Poza tym co chwilę słupy wysokiego napięcia albo telefoniczne. Niebezpiecznie na start.

Jest nas kilkanaście osób. Czekamy na coś, obserwujemy tych na dole. I nagle, zupełnie niespodziewanie pośród ptaków krążących nad naszymi głowami pojawia się… pies. Wielkości małego konia, może kucyka. Ciągnie za sobą na smyczy dziewczynę. I leci. Jak w kreskówkach.

Lądują. Pies nie wygląda jak pies. Sierść jak u dzika albo innej zwierzyny leśnej, pysk też nie psi, rozmiary małego konia. A dziewczyna jak dziewczyna. Zwyczajna.
Mówi, że pies ją tu ściągnął. że chciał się z kimś spotkać.

Siadamy wszyscy nieopodal, w miejscu gdzie kiedyś był sklepik, a teraz, tu we śnie, stół na dwadzieścia czy trzydzieści osób z dachem. Jemy śniadanie. Ktoś smaruje masłem kanapki. Ktoś inny zastawia się skąd tu taki pies.

Sielanka sąsiedzka.