Browse Tag by J
noc, techniczna - przejrzane

26/27 czerwca

Siedzę na kanapie. U mnie. Tu. N. wychodzi z łazienki, poprawia sobie włosy. Ma na sobie popielate spodnie, popielatą bluzkę, twarz wysmarowana popielatą farbą (czy kamionką), takie same włosy. Jakby miała na rynku w Krakowie udawać rzeźbę. Włosy nieco inne niż pamiętam. Krótsze. Siada na kanapie. Zaczynam pytać. Przede wszystkim kiedy go poznała (bo nie wierzę, ze po odejściu). Robi minkę niewinnego dziecka i mówi że wczoraj, w salonie Ery. Wyraźnie ze mnie kpi, przedrzeźnia mnie. Chwile trwa takie przekomarzanie. Ja pytam – ona ze mnie szydzi, albo próbuje szydzić. Jakiś czas trwa taka słowna potyczka kiedy zbliża się, przykłada usta do moich i zastyga. Tuż-tuż. Nie stykamy się wargami. Pytam co robi. Nie wiem, chcę zobaczyć jak to opiszesz – odpowiada. Daję Ci materiał do uzewnętrznienia. I natychmiast się odsuwa.
Drążę dalej tematy, które mnie męczą.
Zrobiłam to dla siebie. (A co Ty zrobiłeś dla siebie?) A on nauczył mnie codzienności. Ty nie umiałeś.


Budzę się z płaczem. Chyba pierwszy raz w życiu budzę się przez własny płacz. J. zrobił mi wielką krzywdę uświadamiając mi Uczucie. Wydawało mi się, że mam to już poukładane. Brakuje mi jej. I nic nie jestem w stanie z tym zrobić.
P. powiedziała, że od początku wiedziała, że nadal ją kocham. Że to było widać po mnie. I że jak dla niej to są dwa wyjścia. Albo o nią zawalczę – i ją dostanę, albo w wyniku tej walki poturbuję się tak bardzo, ze przejdzie mi na nią ochota. I rzuca wspólnotowym “Bój się i rób!”
A ja nie mam siły przegrywać. (Bo tak jak przez całe życie, tak i teraz motywuje mnie strach). Nie wyobrażam sobie siebie jeszcze bardziej poranionego. Wolę ten oswojony i stabilny stan poczucia beznadziei niż przeżywanie po raz kolejny odrzucenia. Gdybym chociaż miał jakiś cień szansy. Jakiś sygnał…

Brakuje mi jej.

dzień, techniczna - przejrzane

23 czerwca

Na swoim, a obco. Bardziej u siebie czułem się pod innymi adresami w ostatnich miesiącach.
Cztery ściany. Radio gada. Plus Justyna Pochanke. I tyle.
W międzyczasie kolejni znajomi odzywają się zaczynając słowami mam sprawę (Ci bardziej taktowni wplatają to najdalej w trzecim zdaniu).

Moje własne cztery ściany, a czuję się jak w więzieniu. Brakuje mi kolejnego celu.
[J. mówi, że postawiłem sobie cel bardzo ambitny, że nie wierzył, że się uda, że stanę na swoim. Udało się bo wierzyłem. A teraz potrzebuję kolejnego celu. Czegoś w co uwierzę. Potrzebuję wyzwania, dla którego będzie mi się chciało wstawać z łóżka.]

I niezależnie jak dobrze się trzymam, jak dobrze udaje przed samym sobą, jak szeroko się uśmiecham; niezależnie od tego jak bardzo staram się nie pamiętać, wiem, że na jedno skinienie jestem gotowy warować pod drzwiami. Jak pies. Jej.
Z drugiej strony wiem, że to scenariusz najmniej możliwy ze wszystkich absurdalnych. Że nie skinie. Wiem też, że kopią mnie strzępy informacji. Szepty życzliwych. Plotki.

Ktoś, kto powiedział, że czas leczy rany nie był nigdy poraniony.

dzień, techniczna - przejrzane

4 maja

J. mówi, że w tej chwili mam sobie pozwolić na złość, mam sobie pozwolić na negatywne uczucia. Mam sobie pozwolić na to, ze mogę się czuć źle. Mam sobie pozwolić na złorzeczenie. Mam to zaakceptować.

Podobno przejdzie mi dopiero jak dopuszczę do siebie myśl, że wolno mi czuć się źle. Że mój gniew czy złość nie są niczym złym.
Mam też zaakceptować te uczucia, oswoić się z nimi, bo ponoć będę mi towarzyszyć do końca życia.

Jestem zły.

Mam prawo.